Artykuł Spółka Ltd w Anglii – receptą na pazerność rządu? Wywiad z Krzysztofem Gosem z nFirma Tax pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Polscy przedsiębiorcy mogą prowadzić firmę w innym kraju, ale zamiast podatkowego raju, większość wciąż woli smażyć się w polskim piekle (nie tylko podatkowym). O tym, czy warto przenieść biznes do UK albo innego kraju rozmawiam z Krzysztofem Gosem z kancelarii prawno-księgowej nFirma Tax.
Kiedy w 2013 przenosiłem firmę do Wielkiej Brytanii, trząsłem się przed nieznanym jak osika. Bo przecież „lepsze jest wrogiem dobrego” – mówili. Wielu polskich „kolegów” zarzucało mi także niepatriotyzm, a na Facebooku spotkał mnie nawet swoisty lincz z tego powodu, mimo że jednym z fundamentów Unii Europejskiej (do której wówczas należało UK) jest właśnie swoboda wyboru miejsca rejestracji i prowadzenia biznesu…
Jednak dziś, po 13 latach, wiem już, że była to prawdopodobnie najlepsza decyzja biznesowa, jaką mogłem podjąć: abstrahując od korzyści ekonomicznych (efektywnie niższe podatki czy brak ZUS-u), zrozumiałem, czym jest spokój w prowadzeniu przedsiębiorstwa, i jak niewiele papierologii potrzeba, aby być przedsiębiorcą w normalnym kraju. Odpadł mi „zaszczyt” skomplikowanych rozliczeń w Polsce, „jednolitych plików kontrolnych” i innych wynalazków służących nie wsparciu, lecz absurdalnej inwigilacji i gnębieniu firm. Co więcej, dzięki spółce Ltd zacząłem pozyskiwać klientów z całego świata; także takich, którym kontrahenci z Polski wydają się mniej wiarygodni czy wręcz niestabilni tylko dlatego że… są z Polski.
Dziś rozmawiam z Krzysztofem Gosem, szefem kancelarii prawno-księgowej nFirma Tax (część Lexea Group), która od ponad 10 lat opiekuje się polskimi przedsiębiorcami prowadzącymi spółki w UK i Estonii. Prawie 400 firm pod opieką, 11-osobowy zespół.

Maciej Dutko (Evolu.pl): Krzysztof, zacznijmy od tego, co naszych Czytelników interesuje najbardziej – dlaczego polski przedsiębiorca powinien w ogóle rozważać rejestrację firmy w innym miejscu niż to, w którym żyje? Co mu to da i czy na pewno ma sens?
Krzysztof Gos (nFirma Tax): Odpowiedź moglibyśmy zawrzeć w jednym zdaniu: ponieważ każdy otwiera firmę nie po to, żeby spędzać długie godziny na rozliczeniach podatkowych, ale żeby ją rozwijać i zarabiać pieniądze. A tak się składa, że czas potrzebny na rozliczanie podatków w Polsce jest jednym z najdłuższych ze wszystkich krajów OECD. Skoro więc są inne, legalne możliwości, to czemu z nich nie korzystać? Żyjemy w coraz bardziej globalnym świecie, coraz więcej osób wykonuje zawody zupełnie nie związane z miejscem zamieszkania. Dlaczego więc mielibyśmy w kwestii rejestracji firmy wciąż trzymać się utartych schematów? Nie ma to ani sensu, ani uzasadnienia biznesowego.
Maciej Dutko: Skoro to wszystko tak ładnie brzmi i jest takie proste, dlaczego pewnie ponad 99% polskich przedsiębiorców nie odważa się wynieść z „polskiego piekła” i przenieść firmy do kraju, ekhm, normalnego?
Krzysztof Gos: Być może niektóre osoby tak to mogą postrzegać. Nie ma jednak państwa idealnego i jeśli spytamy mieszkańców dowolnego kraju, co im nie odpowiada, to z pewnością narzekaniom nie będzie końca. Moim zdaniem pytanie brzmi, dlaczego osoba mieszkająca w Polsce, która czuje się patriotą i nie czuje potrzeby wyprowadzki, bo jej tu po prostu dobrze, kupuje zagraniczne samochody, jeździ na zagraniczne wakacje, ale jak słyszy „zagraniczna firma”, to od razu czuje niepokój i strach przed kontrolą i karą?
Odpowiedź na to pytanie jest jedna: to nie jest i nigdy nie będzie rozwiązanie masowe, dla wszystkich. A co nie jest masowe, wymaga większego zaangażowania w zweryfikowanie informacji. Sąsiad jeździ co roku na wakacje do Chorwacji, więc to na pewno bezpieczny kierunek. Ale większość ludzi raczej nie ma znajomych, którzy rejestrują spółki za granicą. W pewnym sensie trzeba więc być w tej decyzji pionierem, a nie każdy jest gotowy nim być. Co nie jest dziwne, bo to kluczowa decyzja i nikt nie chce podejmować zbędnego ryzyka.
Dlatego w nFirma Tax ponad 10 lat temu postanowiliśmy pomóc w tym procesie. Zdajemy sobie sprawę, że przeniesienie biznesu do innego państwa dla kogoś, kto nie zna lokalnych realiów, to trudna decyzja. Staramy się więc przeprowadzać klientów przysłowiowo „za rękę” przez cały proces rejestracji, jak również późniejszego prowadzenia firmy (nasi klienci mogą liczyć m.in. na pełne wsparcie w zakresie kontaktów z urzędami). W porównaniu z Polską jest tych kontaktów bardzo mało, ale nawet te nieliczne załatwiamy w 100% w imieniu klientów.
Chciałbym również podkreślić, że jako jedni z nielicznych pomagamy w prawidłowym rozliczeniu podatków w Polsce. Zagraniczna spółka działająca w Polsce w określonych sytuacjach musi odprowadzać tu VAT oraz CIT. Do tego wielu naszych klientów to polscy rezydenci podatkowi, którzy muszą się tutaj rozliczać z uzyskanych za granicą dochodów. I chyba idzie nam to całkiem nieźle: obsługujemy spółki, które są z nami od samego początku, dlatego jestem przekonany, że ci przedsiębiorcy, którzy podjęli tę decyzję i otworzyli z nami firmę za granicą, jak pokazuje również Twój przykład, na pewno tego nie żałują.
Nasza filozofia jest prosta: promujemy dywersyfikację ryzyka życiowego i biznesowego. W skrócie: kraj, w którym mieszkasz, nie powinien być miejscem, gdzie znajdują się twoje wszystkie aktywa, konta bankowe, nieruchomości. Nie powinien być też miejscem, gdzie zarejestrowana jest twoja firma. To podstawa bezpieczeństwa, która dzisiaj – jak nigdy – stała się oczywista dla wielu osób.
Maciej Dutko: Ale czy to na pewno jest bezpieczne prawnie? Wiesz, co jakiś czas słyszę głosy, że mieszkanie w Polsce i prowadzenie spółki w UK może budzić zastrzeżenia polskich „organów”. A przecież dziś rząd wyjątkowo węszy, na czym by tu przyłapać obywatela i za co ukarać. Czy jako przedsiębiorcy – rzekłbym – hybrydowi, czyli pół-polscy, pół-brytyjscy, na pewno nie mamy się czego obawiać?…
Krzysztof Gos: To podstawowa obawa, z jaką przychodzą do nas nowi klienci. Internet pełen jest ostrzeżeń przed „nielegalną” działalnością poprzez zagraniczne spółki. Ale skoro robią to duże firmy, korporacje, to mali też to mogą robić – pod warunkiem, że mają odpowiednie wsparcie merytoryczne. My takie zapewniamy.
W nFirma Tax podstawą jest pilnowanie, aby wszystko było zgodne zarówno z prawem polskim, jak i brytyjskim. Polskie urzędy i instytucje w przypadku podmiotów zagranicznych muszą stosować procedury uzgodnione w umowach międzynarodowych, w odróżnieniu od podmiotów polskich, gdzie interpretacja przepisów leży jedynie po stronie polskiej. To jest istotna różnica, która daje dodatkową warstwę ochrony prawnej – i na tym bazujemy. Dzięki temu poziom biurokracji i formalności jest znacznie niższy niż w przypadku polskiej firmy.
Maciej Dutko: A jeśli mimo wszystko zawita do nas kontrola skarbowa? Jak mamy się zachować i czy „obsługę” takiej ewentualnej kontroli również można zlecić Waszej firmie?
Krzysztof Gos: Jeżeli ktoś z nami współpracuje, dostaje niezbędną wiedzę, jak należy się zachować w takich sytuacjach. Co robić, a czego zdecydowanie nie robić. U nas podstawą jest pilnowanie, aby to ta druga strona przestrzegała procedur, gdyż tylko w takim wypadku wiemy, że nic złego nie może się stać. Kluczowe jest właściwe przygotowanie dokumentacji i spójna struktura – wtedy ewentualna kontrola to formalność, nie dramat.
Maciej Dutko: Pytanie z innej beczki. Nie każdy rodzaj biznesu kwalifikuje się do przerzucenia poza Polskę. Które firmy mogą legalnie i efektywnie funkcjonować w jednym kraju (np. UK), a być prowadzone z drugiego (Polska), a które typy działalności będą jednak wymagały pozostania w Polsce?
Krzysztof Gos: Kiedy złożymy w całość polskie przepisy oraz te zawarte w umowach międzynarodowych między Polską i Wielką Brytanią, okazuje się, że w zasadzie każda działalność jest możliwa. Różnią się one tylko stopniem złożoności pod względem proceduralnym.
Najmniej formalności jest w usługach, a najwięcej w przypadku działalności polegającej na stacjonarnym handlu towarami. Twoje pytanie zakłada, że przenosimy cały biznes poza Polskę, ale wcale tak nie musi być, aby już odczuć korzyści. Całkowicie poza Polską mogą działać te osoby, które świadczą usługi niematerialne dla podmiotów zagranicznych, a nie polskich. Jeżeli mamy klientów z Polski, to zawsze w jakimś stopniu będziemy się stykać z polskimi regulacjami z zakresu prowadzenia działalności w Polsce i polskich podatków. Ale tu rozmawiamy o możliwości działania w Polsce jako podmiot zagraniczny, co daje konkretne korzyści wynikające z umów międzynarodowych. Szczególnie to widać w kwestii składek – na przykład składka zdrowotna, która w Polsce obciąża członków zarządu polskich spółek, nie dotyczy w ten sam sposób dyrektorów spółek zagranicznych.
Maciej Dutko: Ok, a co z brexitem? UK nie jest już w Unii Europejskiej, a więc czy Polak nadal może prowadzić spółkę na Wyspach? A jeśli tak, to co się zmieniło?
Krzysztof Gos: Po początkowym zamieszaniu, dzisiaj możemy powiedzieć z całym przekonaniem, że brexit to tylko korzyści. Jedyne realne utrudnienie odczuwają ci, którzy prowadzili handel, z uwagi na granicę celną między Wielką Brytanią i Unią Europejską. Ale po początkowym bałaganie informacyjnym, wszystkie procedury importowo-eksportowe zaczęły działać normalnie i raczej nie ma z tym problemów.
Natomiast korzyści jest cała lista. Dzisiaj mając firmę w Wielkiej Brytanii, mamy biznes w Europie, ale poza Unią Europejską. Co nam to daje? Jest to podstawowa różnica pomiędzy np. firmami rejestrowanymi w Czechach, których urzędnicy na bieżąco wymieniają się informacjami z polskimi instytucjami.
To, co daje umiejscowienie biznesu w UK po brexicie, jest nie do przecenienia. Dzięki pozycji Wielkiej Brytanii mamy możliwość ekspansji na cały świat. Już dzisiaj wielu z naszych klientów korzysta z tej szansy. Pozyskiwanie nowych rynków poprzez podmiot brytyjski jest zdecydowanie prostsze i łatwiejsze. W Polsce każdy nowy krok poprzedza sterta wypełnionych deklaracji, zgłoszeń i wizyt w urzędach. Natomiast brytyjski przedsiębiorca w zasadzie nie musi robić nic. Nawet jeśli są jakieś wymagania, to można wszystko zrobić dopiero, gdy przedsiębiorca będzie pewny, że nowa działalność faktycznie przynosi dochód (minimalizacja ryzyka).
W większości przypadków nie musi się też rejestrować do VAT, jeśli tego nie potrzebuje. A jeśli chodzi o biurokrację — nasi klienci na co dzień mogą się cieszyć normalnością, która dla Brytyjczyków jest oczywista. Jedno rozliczenie rocznie, brak JPK, brak comiesięcznych deklaracji. To jest po prostu inny świat.
Maciej Dutko: Ale Wielka Brytania to niejedyny kraj bardziej przyjazny przedsiębiorcom niż Polska. Znam wielu Polaków mających firmy w Niemczech, Czechach, Estonii, ale też w Emiratach czy Hongkongu. Kiedy warto wybrać inny kraj niż UK i czy pomagacie przedsiębiorcom chcącym zarejestrować biznes w którymś z nich?
Krzysztof Gos: Przez wiele lat szukaliśmy innej jurysdykcji, która byłaby przynajmniej tak przyjazna dla biznesu, jak Wielka Brytania. Nie udało się. Brak pełnej księgowości, rozliczenie podatkowe tylko raz w roku, wysoka kwota wolna od podatku, bardzo niskie składki „ZUS”, brak składki zdrowotnej przy rozliczaniu dochodów w Polsce. Wreszcie: przyjazne podejście urzędników i możliwość działania przez spółkę na całym świecie – nie ma drugiego kraju w Europie, który oferowałby tak wiele. Inne kraje, które wymieniłeś, czyli Niemcy czy Czechy, nie spełniają nawet części warunków.
Oczywiście są też pewne ograniczenia. Część naszych klientów ma już tak duże firmy, że korzyści spółek Ltd stały się dla nich niewystarczające. Dlatego kilka lat temu przyjrzeliśmy się bliżej spółkom estońskim i dzisiaj mamy pełną ofertę rejestracji i prowadzenia spółek OÜ w Estonii. Kluczowa zaleta: 0% podatku dochodowego dopóki nie wypłacasz dywidendy. W połączeniu z brytyjską spółką Ltd daje to gigantyczne możliwości — UK Ltd do bieżącej działalności, estońska OÜ jako wehikuł do reinwestycji i budowania aktywów.
Nie rekomendujemy natomiast rejestracji biznesu w rajach podatkowych, które mają już w Polsce i w całej Unii Europejskiej specjalną czerwoną listę i nikt w ramach takiej struktury nie będzie w stanie prowadzić normalnego biznesu. Firmom z rajów podatkowych aktualnie odmawia się wszystkiego: kont bankowych, koncesji, rejestracji do VAT itp. To jest zupełnie inny świat, z którym ani my, ani nasi klienci nie chcielibyśmy mieć nic wspólnego.
Reasumując: zachęcamy polskich przedsiębiorców do zastanowienia się, czy nie chcieliby ułatwić sobie życia poprzez otwarcie firmy za granicą, ale w formie legalnej spółki Ltd. Polska to wspaniały kraj, pełen ogromnych możliwości, jednak– jak wszyscy wiemy – nie jest idealny, zwłaszcza dla osób przedsiębiorczych. Skoro w innych dziedzinach wybieramy najlepsze według nas rozwiązania, to dlaczego w przypadku firmy mielibyśmy robić inaczej? Tym bardziej, że rozwiązanie jest prostsze, szybsze i tańsze, niż to się wydaje.
Maciej Dutko: Krzyśku, dzięki za rozmowę i za rozwianie wątpliwości.

PS Jeśli uważasz ten artykuł za wartościowy, udostępnij go swoim bliskim i znajomym – może ktoś z nich również chciałby przenieść biznes do normalnego kraju, ale do tej pory nie wiedział, jak się za to zabrać.

Artykuł Spółka Ltd w Anglii – receptą na pazerność rządu? Wywiad z Krzysztofem Gosem z nFirma Tax pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł „Tanio przez świat” – nowa książka [Przedsprzedaż] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>„Jak to robisz, że tyle podróżujesz i nie bankrutujesz? I do tego godzisz wyjazdy z pracą?” – takie pytania słyszę od lat. Ponad 100 moich trików i patentów podróżnych zdradzam w książce „Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!”.
„Tanio przez świat” to książka dla tych, którzy nie lubią przepłacać, ale też rezygnować z wygód. Nie znajdziesz tu więc typowych, a oczywistych rad dla tzw. backpackersów („podróżuj na stopa”, „śpij w najtańszych hostelach”, „jedz paluszki”;), lecz sprytne podpowiedzi, jak jeździć, latać, jeść i zwiedzać ekonomicznie, ale komfortowo.
Intensywnie podróżuję od ponad 20 lat. W tym czasie odwiedziłem ok. 70 krajów (część z nich – nawet kilku- lub kilkunastokrotnie). Podczas kilku tysięcy wypraw, samochodami, samolotami, promami, autobusami i pociągami przemierzyłem kilka milionów kilometrów: od USA po Chiny, od Zambii po Spitsbergen, od Indii, Kambodży i Tajlandii po Wyspy Zielonego Przylądka, od Kirgistanu i Mongolii po Australię.
Każda (każda!) taka podróż to nowe doświadczenia i przygody: masa zarówno różnego rodzaju wpadek, jak i zdumiewających odkryć, dzięki którym poszczególne koszty obniżyć można o 20, 50, 70 czy 90%. Nie mówiąc o biletach lotniczych za -1 zł (słownie: minus jeden złoty!), których wszak z pewnych powodów nie polecam szukać, czy noclegów w 4-gwiazdkowych hotelach… za darmo (i to nie w wyniku przypadku czy błędu, lecz jako całkowicie logiczna i oficjalna opcja podczas niektórych podróży).
Szacuję, że dzięki znajomości poszczególnych zasad, trików, patentów i mechanizmów, podczas podróży zaoszczędziłem co najmniej pół miliona złotych (a raczej więcej).
Z książki „Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!” ty również dowiesz się, jak:
metodycznie i w powtarzalny sposób wyszukiwać loty za 50, a nawet za 30% regularnej ceny (bez ściemniania nt. „błędów taryfowych”, bez kobinowania z lataniem „na niemowlaka” i innych mitów podróżnych),
znajdować wakacje all inclusive w 4- i 5-gwiazdkowych hotelach za ok. 1000 zł zamiast 4000-6000 zł,
spać w 50- czy 100-metrowych apartamentach taniej niż w hotelu Ibis w centrum Warszawy,
zamawiać taksówki w rozsądnych cenach i bez ryzyka naciągnięcia,
budżetowo, ale wygodnie podróżować pociągami i autobusami i zwiedzać lokalne atrakcje,
jeść i robić zakupy w podróży, nie dając się „kroić” jak naiwny turysta,
a wszystko to – z lekkim bagażem, w który zapakujesz się łatwiej, niż myślisz.
Zaintrygowany? Zamów książkę lub e-booka już dziś:
![]() |
![]() |
Artykuł „Tanio przez świat” – nowa książka [Przedsprzedaż] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Nie było pandemii! – raport NIK pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Najwyższa Izba Kontroli ujawnia ogrom nieprawidłowości w zarządzaniu państwem podczas „epidemii” najmodniejszej choroby świata. I ich skutki: setki tysięcy zmarłych oraz miliardy złotych wyrzucone w błoto…
Najwyższa Izba Kontroli ogłosiła wyniki licznych śledztw na temat fałszywej pandemii koronawirusa i działań polskich polityków w jej czasie. „Skrajna niegospodarność” – to najłagodniejsze z określeń, jakie cisną się na myśl w odniesieniu do trwonienia miliardów złotych z naszej wspólnej kieszeni.
„Ludobójstwo” – to zaś słowo, które bezlitośnie się nasuwa, gdy czytamy i słyszymy o setkach tysięcy Polaków, którzy zmarli z powodu zbrodniczych decyzji kolejnych ministrów zdrowia, premiera, tzw. ekspertów (którzy, jak już również wiemy, byli finansowani przez liczne firmy korzystające na pandemii strachu). No i oczywiście mediów, które – w mojej prywatnej ocenie – były najaktywniejszym globalnym siewcą paniki, a zarówno jej największym beneficjentem.

O tym, co dziś w szczegółach ujawniają kolejne i kolejne raporty państw na całym świecie (od Polski po USA), alarmowałem od 2 marca 2020 r. – jeszcze przed pojawieniem się w Polsce słynnego „pacjenta zero” i jeszcze przed ogłoszeniem przez skorumpowaną i skompromitowaną WHO stanu pandemii: artykuł KoronaŚwirus, czyli nie daj się zwariować wirusokalipsie, który przeczytało kilkaset tysięcy osób, był podobno pierwszym w Polsce (a możliwe, że i na świecie) publicznym alertem kwestionującym rzetelność informacji nt. rzekomej pandemii, od którego zaczęło się kształtowanie ruchu oporu wobec św. Kowida.
Później były też kolejne publikacje, za które byłem masowo hejtowany i nazywany „mordercą”, „szurem”, „płaskoziemcą”, „antyszczepem”, „paranoikiem”, a nawet „bandytą”, „bydlakiem” i „skur*ysynem”. Tylko dlatego, że jako osoba znająca się nieco na mediach, komunikacji, teorii manipulacji i marketingu (m.in. 4 lata pracy w TVP, doktorat z pobliskiej tematyki, kilkanaście lat w biznesie) ośmielałem się publicznie wskazywać konkretne techniki manipulowania rzeczywistością stosowane przez media, polityków, tzw. ekspertów i wszystkich innych interesariuszy tego genialnie pomyślanego przedsięwzięcia, aby siać panikę.
Dla przypomnienia:
Już od 2-3 lat kolejne kraje ujawniają raporty, które nie pozostawiają wątpliwości: pandemii nie było, liczba zachorowań na wirusa – celebrytę nie odbiegała od wcześniejszych lat, a miliony nadplanowych zgonów w skali globalnej (w tym – kilkaset tysięcy w samej Polsce) to efekt nie covida, lecz skutek zbrodniczych działań tych, w czyim było to interesie.
Oto konferencja prasowa przedstawicieli NIK omawiająca największe nieprawidłowości tamtych czasów (jeśli nie masz czasu lub nie chce Ci się studiować całości, pod materiałem wideo zamieściłem wyciąg najciekawszych punktów):
Główne ustalenia NIK:
Jeśli ktoś jeszcze chciałby atakować mnie za „teorie spiskowe”, przypomnę, że to nie moje wymysły, lecz oficjalne już ustalenia Najwyższej Izby Kontroli (źródło: https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/megainformacja-epidemia-covid-19.html). Ale oczywiście dziś dla Polaków ważniejsze są bardziej medialne tematy: nietrzymające się kupy doniesienia o atakach rosyjskich dronów, rozpacz z powodu pojedynczych i niemających nic wspólnego z Polską zabójstw, klasyczne przepychanki polityczne. No i oczywiście igrzyska typu „sport” – odmóżdżacze działające bezbłędnie co najmniej od czasów starożytnych, czy inne „netfliksy”…
PS Wartościowe? Udostępnij – dzięki temu moja praca zyska większy sens. A jeśli uważasz, że to, co robię, naprawdę jest cenne, a autor zasługuje na wirtualną kawę, by nie zabrakło mu energii i zapału do dalszych działań, nie pogardzę podwójnym e-espresso;):
– lub symbolicznym bitcoinem;):
0x94861d260596f9cf0e7adc0b1ac8a5cfa9546b96 (sieć BSC/BEP20)


O inwestowaniu:
O odbieraniu wolności, państwie opresyjnym i rosnącym totalitaryzmie:
O postępującej cenzurze i zaniku wolności słowa na YouTube i Facebooku:
W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
fot. w nagłówku: www.depositphotos.com
Artykuł Nie było pandemii! – raport NIK pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Medicover. Model: „Zapłać i spier*alaj”? pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Płacisz za pakiet medyczny Medicover? Szkoda, że ten system działa jak lichy polityk, który po wyborach (czyli po opłaceniu abonamentu) zapomina o swoich wyborcach, a przypomina sobie o nich dopiero przed kolejną kadencją…
Zastrzeżenie: Poniższy tekst jest subiektywną opinią opartą na moich własnych, udokumentowanych doświadczeniach. Potwierdzają ją wszak liczne głosy znajomych i innych klientów tej firmy, które dowodzą, że patologie, które tu opisuję, nie są jednostkowymi „wypadkami przy pracy” albo winą pojedynczych pracowników, na których korporacja próbuje zrzucać odpowiedzialność, lecz najprawdopodobniej celowym i systemowym działaniem.

Chcesz umówić wizytę u dermatologa? Powodzenia! Kalendarz świeci pustkami – terminy na kilka miesięcy wprzód już dawno pochłonęła medyczna otchłań.
Wirtualny czat z lekarzem? Zapomnij: czas oczekiwania to godzina, ale system wyloguje Cię już po 5 minutach, zmusza do ponownego logowania i ponownego wypełniania formularza, by… za parę minut znów Cię wylogować.
Telefon? Rozmowa z konsultantem (o ile doczekasz się połączenia) to kolejna droga przez ciernie, stracony czas i nerwy, a zarejestrowanie wizyty udaje się dopiero po solidnej awanturze i zażądaniu rozmowy z menedżerem.
Maile? Jeśli liczysz na reakcję, licz też dni w kalendarzu – odpowiedź przychodzi po 6-7 dniach, a i tak kończy się odesłaniem do wadliwej rezerwacji online lub czatu – widmo.
Czy tak powinna wyglądać usługa, za którą płacę kilka tysięcy złotych rocznie? Nie wydaje mi się…
Najlepsze w tym MediCyrku następuje pod koniec roku abonamentowego: Medicover budzi się z letargu. Dzwoni kilka razy dziennie, a do zasypania skrzynki mailowej dołącza festiwal telemarketingowych próśb o… kolejną wpłatę. Co ciekawe, stawka wyższa o kilkanaście procent niż rok wcześniej.
I arbuz na torcie: pod każdym mailem z błaganiami o przedłużenie abonamentu, dopisek w stylu: „To jest wiadomość automatyczna, nie odpowiadaj na nią”. Równie dobrze, Medicover mógłby napisać:
„Zapłać i spier*alaj!”
Ta firma to parodia opieki medycznej, a klient to przeszkoda, nie partner. Do tego nie zapomnijmy, jak Medicover traktował pacjentów podczas fikcyjnej pandemii najmodniejszej choroby świata zaledwie parę lat temu, partycypując w maseczkowo-szczepionkowym holokauście i uniemożliwiając skorzystanie z opłaconych usług klientom, którzy odmówili udziału w tej farsie.
Jesteś pacjentem Medicover? Ciebie również dotknęła podobna poniewierka? Chcesz coś zmienić?
PS Wartościowe? Udostępnij – dzięki temu moja praca zyska większy sens. A jeśli uważasz, że to, co robię, naprawdę jest cenne, a autor zasługuje na wirtualną kawę, by nie zabrakło mu energii i zapału do dalszych działań, nie pogardzę podwójnym e-espresso;):
– lub symbolicznym bitcoinem;):
0x94861d260596f9cf0e7adc0b1ac8a5cfa9546b96 (sieć BSC/BEP20)


O inwestowaniu:
O odbieraniu wolności, państwie opresyjnym i rosnącym totalitaryzmie:
O koronapsychozie i fałszywej pandemii:
O postępującej cenzurze i zaniku wolności słowa na YouTube i Facebooku:
W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
fot. w nagłówku: www.depositphotos.com
Artykuł Medicover. Model: „Zapłać i spier*alaj”? pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Stambuł z Dutkoniem w dwa dni pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Lygos, Augusta Antonina, Nova Roma, Carogród, Kostantiniyye i Miklagard – co łączy te miasta? Ano to, że wszystkie one to… Stambuł. Choć może lepiej kojarzysz nazwy Bizancjum, Konstantynopol i Istambuł. Czy dwa dni na puknięcie metropolii o dziesięciu nazwach to nie za mało? Sprawdźmy!
Ale najpierw – parę polecajek przydatnych w podróży:
Każda podróż = logistyka: trasy, loty, noclegi, internet, finanse… To narzędzia, z których sam korzystam i które polecam (zgarnij bonusy z moich reflinków i kodów):

Po relatywnie nudnym tygodniu w Bukareszcie, nad relacją z którego aż szkoda zasiadać, postanowiłem na parę dni skoczyć do Stambułu. Kilkukrotnie ocierałem się o tego molocha w ramach przesiadek w drodze do i z Azji, ale zawsze brakowało czasu, by choćby liznąć tę jedną z – podobno – najbardziej fascynujących metropolii świata. Tym razem się udało (pobyt miał być dłuższy, ale okazało się, że muszę wcześniej wracać do Polski, stąd tylko cztery dni, w tym dwa pełne na muśnięcie najludniejszego miasta w Turcji).
Dla porządku, podzielimy sobie teren naszych podbojów na trzy części:
Stare Miasto – Sultanahmet (zachodnia część europejska)
To historyczne serce Stambułu, obejmujące dzielnicę Sultanahmet i okolice. Tu znajdziesz największe zabytki: Hagia Sophia, Błękitny Meczet, Cysternę Bazyliki, pałac Topkapi, Wielki Bazar. Atmosfera tysięcy lat historii, osmańskie dziedzińce, bizantyjskie mozaiki i zapach orientalnych przypraw – to wszystko sprawia, że to idealne miejsce dla miłośników dawnej architektury i intensywnych doznań kulturowych.
Beyoğlu, Taksim i okolice (wschodnia część europejska, za Złotym Rogiem)
To bardziej nowoczesne centrum miasta, dynamiczne i różnorodne. Dzielnica Beyoğlu, Plac Taksim, ulica Istiklal – to tętniące życiem klimatyczne zakamarki, kawiarnie i galerie. Do tego Wieża Galata z widokiem na Bosfor i Stare Miasto. Ta część jest idealna na wieczorne wyjście, zakupy czy eksplorację współczesnego Stambułu. Choć niekoniecznie w sierpniu, kiedy tłok w okolicach Wieży Galata jest nie mniejszy niż ten przy Mona Lisie w Luwrze…
Strona azjatycka
Po drugiej stronie Bosforu mamy Stambuł bardziej lokalny, autentyczny i spokojny. Kadıköy, Moda, Üsküdar to klimatyczne uliczki, parki i knajpki. To miejsce na spokojniejszy spacer, kawę z widokiem na Bosfor i poznanie codziennego rytmu miasta z dala od turystycznego zgiełku. Podobno, bo brzmi tak nudno, że Dutkoń tu nie dotarł (a serio dlatego, że zabrakło jednego dnia).
1. Baza: Galatolia Suites
To niedrogi, ale komfortowy i kameralny hotelik, parę kroków od Złotego Rogu, po „nowszej” stronie miasta, kapitalny punkt do zwiedzania, z malowniczym zachodnim widokiem.

2. Wielki Bazar (Grand Bazaar)
Jeden z symboli kultury tureckiej: labirynt kolorowych uliczek, tysiące stoisk z dywanami, biżuterią, pamiątkami. To miejsce, gdzie historia splata się z zapachem przypraw, gwarnym handlem i orientalnym klimatem. Ja sam dawno temu postawiłem sobie za cel maksymalne wyzbycie się rzeczy, nigdy też nie zwoziłem z wyjazdów pseudopamiątek. Ale jeśli chcesz takowe upolować, zamówić sobie marynarkę za 50 euro albo wątpliwej oryginalności „prawdziwe podróbki” perfum czy elektroniki – to punkt obowiązkowy. Tylko pamiętaj: Targuj się!


3. Błękitny Meczet (Sultanahmet Camii)
Arcydzieło osmańskiej architektury – meczet o sześciu minaretach, pokryty tysiącami błękitnych kafelków. Ikona Stambułu i miejsce zadumy pośród tłumów zwiedzających… powiedzmy. I przerwa dla Dutkonia (bo skoro pracacje, to czasami trzeba poprawcować;).


4. Cysterna Bazyliki (Yerebatan Sarnıcı)
Magiczny, podziemny zbiornik z epoki Bizancjum, który miał zapewnić zaopatrzenie władzy w wodę nawet w razie odcięcia jej dopływu przez wroga. 336 kolumn tworzy mroczny, bajkowy las, którego nastrój podbija muzyka i światło. Tak, tak, to ten miejsc, w którym ważyły się losy ludzkości w końcowych scenach „Inferno” Browna, niestety pokrzyżowane przez nadgorliwego Langdona…
Ale poniżej… zdjęcie z innej, starszej cysterny – Teodozjusza, bo troszkę pochrzaniło mi się przy zakupie biletów online;).

5. Hagia Sophia (Ayasofya)
Muzeum, meczet, świątynia… Symbol Stambułu od 15 wieków! Tu spotykają się chrześcijańskie mozaiki z islamskimi inskrypcjami. Podobno, bo nie wchodziłem – od zawsze na widok kościołów jakoś dostaję bąbli pachnących siarką…

6. Topkapı
Dawny pałac sułtanów z widokiem na Bosfor – skarbiec kalifatu, haremy, cesarskie relikwie, egzotyczne ogrody. Historia imperium osmańskiego zamknięta w marmurach i złocie.

7. Gülhane Parkı
Zielona oaza przed Pałacem Topkapı, miejsce spacerów wśród starych drzew, kwiatów i popołudniowej kawy z widokiem na Bosfor. Idealny przystanek na oddech od miejskiego zgiełku. Jeśli ktoś się zmęczył po tak krótkiej przechadzce;).
8. Powrót
Trasa gęsta od zabytków, klimatu i prawdziwego ducha miasta – kwintesencja Stambułu na jednym, intensywnym spacerze!
Chcesz gotową mapkę do ewentualnej dowolnej modyfikacji pod siebie? Włala:
1. Start: nasz hotelik położony niemal pomiędzy „dwoma Stambułami”
2. Wieża Galata
Symbol panoramy Stambułu, średniowieczna wieża z magicznym widokiem na Bosfor, Stare Miasto i tętniący życiem Beyoğlu. Idealna na zdjęcie miasta z góry – jeśli komuś chce się stać w kilometrowej kolejce po bilety; ja uwierzyłem na słowo;).


3. İstiklal Caddesi
Najsłynniejsza promenada metropolii – pełna butików, kawiarni, galerii i kulturalnego gwaru. Spacer po tej ulicy to kwintesencja nowoczesnego Stambułu. No, chyba że przyjeżdżasz w szczycie sezonu – wtedy to najlepszy sposób na dokarmienie swojego introwertyzmu i niechęci do tłumu włażących na siebie i pod koła aut oraz tramwajów zombiaków… Taka Świdnicka we Wrocławiu, Półwiejska w Poznaniu, Krupówki w Zakopanem, Monciak w Sopocie czy Piotrkowska w Łodzi. Chociaż nie, Łódź nie, przepraszam;).
4. Taksim Meydanı (Plac Taksim)
Energetyczne centrum turystyczne i rozrywkowe – tu czekają koncerty, manifestacje, tutejsze restauracje i pulsująca atmosfera wielkiego miasta.

5. Dolmabahçe Sarayı (Pałac Dolmabahçe)
XIX-wieczna, monumentalna rezydencja sułtanów nad Bosforem – przemieszanie osmańskiego przepychu z zachodnim stylem. Marmurowe schody, kryształowe żyrandole, historia w luksusowym wydaniu. Przyznam bez bicia, że – jak na powierzchownego turystę przystało – zobaczyłem online, i wystarczy.
6. İstanbul Modern Sanat Müzesi
Najważniejsze muzeum sztuki współczesnej w Turcji – inspirujące wnętrza, wystawy światowego formatu i minimalistyczny design.
7. Karaköy İskelesi
Portowy klimat nowoczesnej dzielnicy – street foody, murale, tradycyjne łodzie, bary na nabrzeżu. Miejsce spotkań lokalnych i turystów, idealne na szybki lunch lub kawę z widokiem na Bosfor.
Oto gotowa mapka na drugi dzień:
A w bonusie – wybrałem się na trzygodzinną wyprawę łódką w stronę Morza Czarnego, z krótkim postojem w części azjatyckiej (koszt z obiadem: ok. 80 PLN):



Z braku czasu, ten punkt zostawiłem sobie na kolejny raz. Ale trasa i mapa już czekają – korzystajcie:
Nie ma za co;).
PS Jeśli moja praca ma dla Ciebie wartość i uważasz, że autor zasługuje na wirtualną kawę, by nie zabrakło mu energii i zapału do dalszych działań, nie pogardzę podwójnym e-espresso;):

W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
Artykuł Stambuł z Dutkoniem w dwa dni pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Indie po raz 10… i starczy! Czyli za co znielubiłem ten kraj… pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Właśnie wróciliśmy z 4-miesięcznej wyprawy po Azji. Głównie – po Indiach, do których w ostatnich dwóch latach wjeżdżałem 10 czy 11 razy. I chyba przedawkowałem ten kraj…
Ale najpierw – parę polecajek przydatnych w podróży:
Każda podróż = logistyka: trasy, loty, noclegi, internet, finanse… To narzędzia, z których sam korzystam i które polecam (zgarnij bonusy z moich reflinków i kodów):

Właściwie już za pierwszym razem zaledwie po paru dniach miałem dość Mumbaju: jazgot, tłok, spaliny, ludzie włażący bezmyślnie innym pod nogi albo kierowcy próbujący cię potrącić na drodze (sic!), metrowej głębokości dziury w chodnikach, pręty zbrojeniowe i inne zardzewiałe artefakty sterczące z każdego miejsca, bezdomni śpiący beztrosko w poprzek chodników czy na schodach metra, rozsypujące się auta, nieustanny jazgot klaksonów, stada szczurów i dwumetrowe sterty śmieci, jedzenie, cuchnące rzeki – ścieki, wszechobecny brud i bylejakość na każdym kroku – to miasta Indii w telegraficznym skrócie.


Do tego – jedzenie, które od początkowego zachwytu doprowadziło mnie niemal do granicy znielubienia. Pal licho, że pod względem higieny jest to indyjska ruletka, bo warunki, w jakich zwykle jest przygotowane, dają raczej 5 na 6 szans, że się strujesz. No chyba, że sprawnie opanujesz klasyczny trik, czyli codzienne szczepienie solidną porcją rumu lub whisky z colą (i nie, nie jest to mitem, jak wyczytasz w wielu poprawnych źródłach, lecz całkiem sprawdzoną metodą na brak gastrorewolucji). Jeszcze bardziej ciąży jednak fakt, że indyjskie żarcie… po prostu ciąży: ciężkie, tłuste, zawiesiste i przearomatyzowane sosy, które na początku chwytają za serce, a których w tym kraju praktycznie nie da się uniknąć, po paru tygodniach naprawdę nieprzyjemnie chwytają też i za żołądek, i za wagę…

Swoją drogą, ciekawostka: podobnie, jak kuchnia chińska w Polsce niewiele ma wspólnego z tą oryginalną w Chinach, tak i Indusi w Polsce robią naprawdę niepomiernie lepszą gastrorobotę niż ci w Indiach. Może jednak sanepid nie jest aż tak zły?;)…
Jasne, oprócz tłocznych, jazgotliwych i śmierdzących miast, Indie to też (a może przede wszystkim) malownicze wioski, spektakularne Himalaje, zmysłowa Kerala czy urokliwa Goa – to miejsca, które przez jakiś czas ratowały ten kraj w moim mózgu, i przez które wracałem tu z uporem seryjnego masochisty (jeśli nie samobójcy) – taki syndrom mumbajski
.
Ale ostatecznie…
Permanentne, nieustające i wszechobecne łupanie przyjezdnych – to jest coś, co przelało czarę goryczy. O co chodzi?
O to, że biały człowiek w Indiach to „chodząca studolarówka”, jak rzekł jeden z moich przyjaciół. Albo wręcz jak chodzący bankomat. To zrozumiałe: przy przeciętnych zarobkach prostego człowieka w tym kraju rzędu 300-500 INR dziennie (13-23 PLN), nawet słabo zarabiający Polak może się czuć jak bogacz: niemal wszystko jest kilkukrotnie tańsze niż u nas, a więc każdy zarobiony w Polsce tysiąc złotych, w Indiach ma wartość nabywczą kilku tysięcy.
Indusi to wiedzą, dlatego na każdym kroku – oprócz masy żebraków – spotkasz się z próbami złupienia. Najczęściej – udanymi, zwłaszcza jeśli jeszcze „nie umiesz Indii”. A ja właśnie…
Zdradzić Ci kilka pułapek, w jakie wpadłem (lub prawie wpadłem) w całym tym kraju, jak długi i szeroki? No to lepiej najpierw zaopatrz się w coś mocniejszego do picia. A jeśli kiedyś zechcesz wybrać się do ojczyzny Gandhiego (mimo wszystko polecam, bo nie warto umierać, zanim choć raz nie liźnie się Hindustanu), może moje przypadki uchronią Ciebie i Twój portfel. Znajdziesz tu zarówno kejsy lekkie, jak niewielkie skubnięcia na targowisku, ale i całkiem grube, jak dosłowne oszustwo tutejszego przewoźnika lotniczego (serio!).
No to lecimy, zaczynając od absolutnych drobiazgów z numerem 11, do totalnego lidera – złodzieja, który zdobył miejsce nr 1 (już teraz zdradzę, że chodzi o linie lotnicze Air India Express, których wystrzegaj się jak małpa nielubiąca bananów – bananów)! A w bonusie – jeszcze punkt „0”, który mógł nas kosztować życie. W drogę!
11. Nie mam wydać! To standard na całym świecie, ale w Indiach ultra-popularny! 500 rupii (≈23 zł) dla wielu ludzi w tym kraju to pokusa większa niż kilometrówka dla pewnego europosła, który zapewniał, że z Polski dojeżdża do Brukseli traktorem
.

Spróbuj zapłacić takim banknotem za przejazd tuk-tukiem (nie wiesz, co to tuk-tuk? patrz punkt 6), za momosy (pierogi) od ulicznego sprzedawcy albo za warzywa na targu, a jest więcej niż prawdopodobne (statystyki własne), że Twój kontrahent gdzieś przepadnie, porzucając nawet swój pojazd albo stoisko, „by rozmienić”. Jeśli wytrwasz tych 5-8 minut, owszem, wróci z garścią drobnych i niepocieszoną buzią, że jeszcze jesteś. Albo – jak pewnego razu taryfiarz w Mumbaju – chwyci Twoje 200 rupii (9 zł) i po prostu powie, że nie wyda Ci 50, bo pomylił drogę i zrobił 200 metrów więcej, więc mu się należy. Seriooo!
10. Jajka – 67% droższe dla białasa. „10 rupis, ser!” – padła odpowiedź na pytanie o cenę jajka na przydrożnym straganiku. No tak, tylko że ichni ludzie płacą 70 rupieci za tuzin, czyli jakieś 6 INR/szt.
Jeśli 4 rupie (13 groszy) nie robią Ci różnicy, po pierwsze pamiętaj, że to 67% drożej (pokaż mi inwestycję z takim zwrotem!). Po drugie, zwykle kupujesz właśnie 12 sztuk, a to już daje prawie 50 rupii więcej.
9. Limonki 100% droższe. Tak, tyle przepłacił Dutkoń, chcąc kupić od starej, pięknej, bezzębnej babulinki. Dopiero po sprawdzeniu cen przy innych straganikach na targu zorientowałem się, że 10 INR (45 gr) za sztukę to dokładnie dwa razy więcej niż normalnie. Przy okazji: po tylu razach w Indiach już wiem, że najskuteczniej łupią właśnie twarzowi poczciwcy: schorowani staruszkowie, przesympatyczni kelnerzy, uśmiechnięci sprzedawcy i naduprzejmi taksówkarze. Jeśli ktoś w tym kraju jest dla Ciebie gburowaty lub po prostu suchy, najprawdopodobniej ma dobre intencje.
8. Anlimited montli internet, ser! Firma nazywa się Airtel i sprzedaje karty SIM. Jeśli nie korzystasz z własnych pakietów (patrz: ramka z poleceniami na początku tekstu), zakup lokalnej simki zapewni Ci kontakt z e-światem. Tylko sprawdź dokładnie, co kupujesz: mój internet, który miał być nielimitowany, taki właśnie się okazał, tyle że do limitu 2 GB dziennie
. No i „miesięczny” oznacza tyle, że ważny 28 dni (kocia krew! właśnie tych ostatnich dwóch dni cholernie nam zabrakło…).
7. Opszynal kontrybuszyn, czyli drobny druk. W wielu restauracjach, zwłaszcza nastawionych na turystów, do cen podanych w menu dolicza się podatki. Zwykle jest to wyraźnie zaznaczone. Ale nie zawsze: czasami dowiadywaliśmy się o takiej przyjemności dopiero podczas płacenia. A czasami – jak w jednej z Pizza Express – przesympatyczny pan kelner (strzeż się ich najbardziej!) ot tak do rachunku na 2400 INR doliczył bagatela 245 rupii „za obsługę”. Gdy zapytałem, co to, wyjaśnił, że wynagrodzenie za pracę załogi. „Bat it is opszynal, ser, aj ken kansel it, if ju łont” – dodał, teatralnie posmutniawszy [manipulacja!].
“Jes, aj łont” – poprosiłem uprzejmie, więc skorygował rachunek. Różnicę tę i tak dostał w ramach napiwku, ale mam nadzieję, że również prztyczka, że nie trzeba rżnąć, bo za dobrą pracę (a Pizza Express to nieliczna sieć w Indiach, gdzie da się zjeść prawdziwą pizzę) nawet biały potrafi się odwdzięczyć.
6. Cwaniak z tuk-tuka – po raz pierwszy. Tuk-tuki (zwane też „riksha” albo „auto”) to sympatyczne pierdzipędki – trójkołowe mikro-taksówki, popularne w wielu krajach Azji. Tanie, wszechobecne i wszędowciskliwe (lepsze do sprawnego przemieszczania się w korkach niż klasyczna taksówka czy autobus; oczywiście rak płuc w gratisie, ale to masz wszędzie).

Sęk w tym, że łapiąc tuk-tuka „z ulicy”, masz w zasadzie 170% pewności, że będziesz obdzierany ze skóry. Serio: na dziesiątki przejazdów tymi cudakami w Mumbaju, Delhi, Bangalore, Kerali, Goa czy Chennai, nie zdarzyło mi się ani razu, aby kierowca nie próbował zawyżać ceny. Przy pierwszej naszej wizycie w 2023 była to trzykrotna przebitka (tuk-tukarz przy lotnisku zaczynał od 300 INR, czyli jakichś 12 zł za najkrótszy nawet kurs, który normalnie kosztuje 100 INR; ale parę dni temu trafiliśmy na mistrza, który zaczął od 500, by po kilku minutach biegnięcia za nami, zejść ostatecznie do 250 za odcinek kosztujący de facto ok. 100 rupii, czyli 4,5 złotego).
Doceniasz moją pracę i korzystasz z moich darmowych treści?
Będzie mi bardzo miło, jeśli od czasu do czasu zamówisz też którąś z moich książek – tym razem polecam „Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!”, która zwróci się już przy pierwszej podróży.
5. Ból (portfela) u dentysty. Dutkoniowi coś tam się ukruszyło, wypadła jakaś plomba, a i parę zębisk warto było już poprawić (niefajne przebarwienia i takie tam). Zrobiłem risercz, że w Indiach mają sporo dobrych klinik, a stawki są niepomiernie niższe niż w Polsce.
– 2000 INR za jedno proste uzupełnienie, sir! – usłyszałem w naprawdę profesjonalnym, światowej klasy gabinecie. Toż to 90 zł, czyli kilka razy taniej niż w Polsce! Za 6 zębisk zapłaciłem więc 540 zł, ciesząc się, że tak tanio, a do tego u naprawdę wysoko ocenianej dentystki, z materiałami najwyższego (podobno; czas pokaże…) poziomu. Czyli praktycznie zwrócił się koszt biletu do Indii i z powrotem!
No tak, tylko że gdy później sprawdziłem ceny analogicznych usług w innych dobrych gabinetach w Mumbaju, okazało się, że oscylują raczej na poziomie 900-1200 INR, rzadziej 1500, a 1800 to już naprawdę drogawo. Kiedy umawiałem się – mimo wszystko – na kolejną wizytę – było już: Ok, ok, ser, 1500 is ok. Czyli za pierwszym razem nie targując się (aaa! www.targujsie.pl), przepłaciłem co najmniej 25%.

4. Cwaniak z tuk-tuka – po raz drugi. On miter, ser, on miter! Czyli jazdę „na licznik”, a więc „uczciwie”, zaproponował inny twarzowy poczciwiec. Skorzystaliśmy. No tak, ale na swoją wysoką ocenę w tym rankingu ten pozornie niegroźny dziadek zasłużył sobie licznikiem, który – gdyby zamiast elektroniki miał wskazówki – mógłby służyć za wentylator, tak zapierniczał. Efekt: 380 INR za przejazd, za który rezerwując przez Ubera zapłacilibyśmy dokładnie 107… I nie było zmiłuj się: Ale ser, licznik jest ok, ser! Tak, możesz złożyć skargę, ser; sorry, ser, namaste, ser.

3. Optyka naciągactwa u optyka. Dla jasności: przez optyka w Badlapur zostałem złupany koncertowo, a mimo to – wystawiłem mu 5* w Guglu. Właśnie za to, że przypomniał mi, że nawet przemądrzały autor książki o negocjacjach może zostać zrobiony na jedną z najprostszych i starych jak świat metod, które sam opisał…
– To może okulary, skoro są tańsze o paręset złotych niż w Polsce? – rzucił Dutkoń w rozmowie z siostrą Dutkoń. No więc zapadło: jedna para dla mnie, dwie – dla niej. Oprawki: od 1450 INR (65 PLN) za proste zapasowe zwyklaki dla mnie, do jakichś 300 zł (za rasowe Tommi Hajhitlery, czy jak to się tam nazywa, dla siostry). No i 6180 INR (278 zł) za szkła. Sprzedane, wykonane – jest ok.

Ale kiedy zaczęliśmy się zastanawiać nad następną parą, stwierdziliśmy na głos, że jednak te szkła wydają się chyba trochę drogie, więc odpuszczamy. I dopiero zrobiwszy zwrot przez rufę ku wyjściu, usłyszeliśmy:
– Łejt, ser! Dam ci lepszą cenę za równie dobre szkła tej samej jakości, a nawet lepsze: 2700 INR – i otworzył drugi, alternatywny cennik, wyciągnięty spod lady (klasyka gatunku, kiedy klient ci ucieka – zobacz „Targuj się!”, strona 171). Z trudem przełykając nagłą wirtualną kluchę zawstydzenia, w locie przeliczyłem, że kupując bez negocjacji droższe szkła „o tej samej jakości”, przemiły i przeprofesjonalny pan optyk skroił Dutkonia o 10,5 tysiąca rupii (czyli bez mała 500 zł).
Szapoba!
2. Perfidne łupanie na Airbnb i w hotelach. Są łupania, za które szapoba!, i są takie, za które idź do piekła, kanalio! Powszechna, obrzydliwa praktyka gospodarzy Airbnb w Indiach: rozliczne niespodzianki już po opłaceniu rezerwacji.
Oto na co nas próbowano złapać:
Nie muszę chyba dodawać, że informacji o tych „niespodziankach” nie było w opisie żadnej z ofert… Nie muszę chyba dodawać, że każdy z tych cwaniaczków został błyskawicznie zgłoszony do Airbnb jako oszust (przepraszam, ale dla mnie są to po prostu oszuści, proszę więc nie wyskakiwać mi w komentarzach, że „taka kultura”, i że należy zrozumieć – nie, łajdak pozostaje łajdakiem w każdej szerokości geograficznej!).
Aha, jeszcze jeden kejs, ale tym razem rezerwacja przez moją ulubioną Agoda.com: dwa razy mniejszy i tańszy pokój, niż zamówiłem. Noł, ser, dis is dżast hajlajted foto – czyli: to tylko zdjęcie dla przyciągnięcia uwagi, wasz pokój jest inny – usłyszeliśmy w bardzo dobrym skądinąd jak na Indie, a przy tym – całkiem przystępnym cenowo hotelu Gulf Colaba w najbardziej turystycznym miejscu Mumbaju, parę minut od słynnej Bramy Indii i nie mniej słynnego luksusowego hotelu Taj.
Serio: zamówiłem większy i droższy pokój o podwyższonym standardzie:
…a próbowano wmusić nam takiego ciasnuszka:

Skończyło się dyskusją z menedżerem, który pokazywał nam aż cztery alternatywne pokoje (równie małe), by wreszcie przyznać, że pokój, który zamówiliśmy, jest anawailejbli, sorri, ser. Ju musisz, ser, wziąć któryś inny pokój, ser.
No nie, ser nic nie musi. Ser może poprosić o anulowanie rezerwacji i zwrot pieniędzy, a następnie zadać sobie minimum wysiłku, by znaleźć coś innego. Okej, okej, ser, dont łori. Łi giw ju tobie, ser, nasz best rum, prezydencki rum, ser, okej, ser?
Nie, nie okej; ale zgoda.

1. Wydymani przez Air India Express. Straciliśmy dzień życia, masę nerwów, 750 zł za dodatkowe bilety i hotel (odzyskałem później 500 zł od Kiwi.com – solidna firma!) oraz jakieś 1900 zł z niezrealizowanej na czas transakcji giełdowej. Już wyjaśniam.
Dzień przed wylotem z Mumbaju do Goa odprawiam nas na lot na stronie przewoźnika. Z ciekawości klikam na wybór lepszych miejsc, aby zobaczyć, ile wyniesie ewentualna dopłata za taki apgrejd (bo ceny są ukryte). Wtem – niespodzianka: dopłata za podświetlone miejsce okazuje się dwa razy wyższa od ceny obu naszych biletów (!), ale nie możesz się już cofnąć: pozostałe miejsca na schemacie samolotu momentalnie stają się nieaktywne, serwer zapamiętuje twój „wybór”, i mimo czterech godzin prób powrotu do wcześniej przydzielonych losowych miejsc, nie da się tego anulować. Nie pomaga przelogowanie systemu, nie pomagają próby zmiany w aplikacji (nawet po jej przeinstalowaniu), nie ma żadnej efektywnej formy kontaktu z linią (czat-bot na stronie zapętla się i prowadzi w ślepą uliczkę, to samo na Fb oraz przez WhatsAppa, kontakt czatowy z żywym człowiekiem – niemożliwy, o dodzwonieniu się – zapomnij, podany na stronie e-mail – nieprawidłowy).
No więc pełna frustracja, parę godzin z życia i parę milionów neuronów – w piach.

Następnego dnia na lotnisku, przy oficjalnym, legalnym stanowisku linii Air India Express, słyszymy: Sorri, ser, masz nieopłacone zamówienie, musisz opłacić. I kolejna godzina tłumaczenia, że przecież ja tylko sprawdzałem cenę, nie dodając nic do koszyka!, idą w próżnię. 10.000 INR, ser! (450 zł) – podczas gdy oba bilety kosztowały połowę tej ceny. Ok, ok, ser: 9.000 INR, ser, and dis is last offer, ser. Miss może lecieć, ale mister musi zapłacić, ser.
Nie, nie musi. Mister niczego nie mus. Mister mówi: Jesteście bandą oszukańczych bydlaków i walcie się na nosy!
Miss i mister, sfrustrowani i bezsilni, podziękowali, kupili lot normalną linią (IndiGo) dzień później, zaliczyli dodatkową nockę w Mumbaju i pokazali dożywotnio cztery środkowe palce bandytom z Air India Express.
Tak, bandytom, bo to nie błąd systemu, lecz misternie zaprojektowana pułapka, co potwierdzają doniesienia od innych pasażerów, do których później dotarliśmy. Niestety, tak działają cenodajki w każdej branży (także w mojej, korektorskiej): ludzie, którzy bezrozumnie zaniżają ceny własnych usług, muszą później albo przycinać na jakości, albo rypać na inne sposoby – inaczej nie przetrwają.
Baj, Air India! Mieliście stałych klientów (zrobiliśmy z Wami kilkanaście lotów po Azji), a macie wrogów, którzy wszem wobec mówią: „Nie korzystajcie z Air India, bo to po prostu złodzieje! Jest masa lepszych opcji, z IndiGo na czele!”.
I jeszcze bonusowy, najmocniejszy punkt „zero”, kiedy nie chodziło już tylko o pieniądze, lecz o życie:
0. Zatruty alkohol w Canacoa (Goa, Palolem). Popularnym lokalnym trunkiem w pięknym stanie Goa jest feni -mocny destylat produkowany z nerkowca lub palmy kokosowej. W jednym ze sklepików z alkoholem w Chauri (Canacoa, niedaleko słynnej plaży Palolem) zostaliśmy poczęstowani tym zacnym napojem przez miłą starszą panią, która następnie za 400 INR (jakieś 18 PLN) sprzedała nam dużą, litrową butlę. W domu okazało się jednak, że w butelce zamiast feni jest najprawdopodobniej niebezpieczny alkohol techniczny, zapewne metanol. Na szczęście smród oraz obrzydliwy, absolutnie chemiczny smak tej cieczy (coś jak połączenie benzyny z denaturatem) przestrzegł nas przed jej wypiciem; nie mam jednak wątpliwości, że tylko kilka łyków dzieliło nas od utraty wzroku lub nawet życia…
To kolejny przykład, że dla kilkuset rupii ludzie w Indiach potrafią posunąć się naprawdę daleko…
Mam nadzieję, że nasze przygody będą dla Ciebie przestrogą i pozwolą uniknąć wielu nieprzyjemnych sytuacji w podróży. Ale aby tak było, pamiętaj o paru prostych zasadach.
I jeszcze bonus na do widzenia (bez targowania się, bez sporów i bez kantów): Indie to 28 stanów, które często różnią się cenami produktów i usług, niekiedy bardzo. Przykład: rum Old Monk, do którego zapałałem swego rodzaju sympatią (to ścierwo jest po prostu pyszne, zwłaszcza z limonką!), potrafi kosztować 920 INR („aż” 41 zł!) w Kerali za małpkę 750 ml, 570 INR (26 zł) w Maharastrze (Mumbaj), a w Goa – zaledwie 220 INR (9,90 zł). Różnice są też w cenach kosmetyków, ubrań i w zasadzie wszystkiego innego, a więc jeśli planujesz pobyć dłużej w tym dziwnym kraju lub zrobić większe zakupy, sprawdź, w którym ze stanów, jakie masz zamiar odwiedzić, możesz sporo zaoszczędzić.
I nagle okaże się, że jesteś bardziej induski od Indusa
.
Prośba: Lubię pisać, ale stworzenie tego artykułu zabrało jakieś 7 godzin. Jeśli sprawił Ci on radość lub uznasz, że może pomóc Ci w podróży, nie pogardzę cyfrowym espresso, które doda energii do dalszej pracy:

W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
Artykuł Indie po raz 10… i starczy! Czyli za co znielubiłem ten kraj… pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł E-biznes, który zmiecie konkurencję? Wpadaj na #semKRK! pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Interesujesz się marketingiem, SEO albo po prostu chcesz wiedzieć, jak dziś robi się SKUTECZNIE biznes w sieci?
13 czerwca w Krakowie rusza kolejna edycja konferencji marketingowej semKRK#23 BIG! To jedno z tych wydarzeń, gdzie nawet jeśli wpadniesz przypadkiem — wyjdziesz z głową pełną pomysłów (i kontaktów
).
#semKRK to:
13.06 | Stara Zajezdnia w Krakowie
Bilety i info: https://semkrk.pl/
Patron medialny:
Artykuł E-biznes, który zmiecie konkurencję? Wpadaj na #semKRK! pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Wyprawa: Azja & S-ka 2025 [Gruzja, Indie, Malezja, Indonezja, Singapur, Katar, Niemcy] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>W marcu 2025 ruszyliśmy na Wschód z biletem w jedną stronę. Załatwić parę spraw, a przy okazji – pozwiedzać (albo na odwrót). Jedziesz z nami? Śledź nasz dziennik podróżny (a raczej „nocnik”, bo pisany głównie po nocy;)!
Pierwotny plan był taki: skoczyć do Mumbaju, aby odebrać obrazy Dominiki po wystawach w 2023 i 2024, po drodze zahaczając o Kutaisi, i wracać do Polski pewnie jakoś w kwietniu. Po drodze jednak „niechcący” zahaczyliśmy Himalaje i miasta Bagdogra i Gangtok (stan Sikkim) oraz Darjeeling (Bengal Zachodni ). Tam zapadła decyzja, aby odstawić na samolot w Bengaluru (stan Karnataka) towarzyszy podróży, Konrada i Artura, którzy musieli wracać do Europy, ale wcześniej „potknęliśmy się” też o Chennai (stan Tamilnadu).
W Bengaluru zdecydowaliśmy, by odwiedzić Kochi (stan Kerala), bo tam w grudniu odbędzie się biennale artystyczne, które kusi Dominikę (wide: www.zakrzewska.art).
A później już poszło: po Kochi była Malezja (Kuala Lumpur), później Indonezja (Sumatra i piękny Samosir na jeziorze Toba, Jawa i Bali) oraz Singapur i kolejny powrót do Indii, gdzie czekały nas umówione, a odwlekane od ponad miesiąca spotkania…
W międzyczasie odebrałem tyle zapytań: „Kiedy wracacie?”, „Gdzie teraz jesteście?”, „Może wrzucajcie jakieś regularne relacje, co?!”, że postanowiłem – oprócz sporadycznych wrzutek na FejsBoga (którego coraz bardziej nie lubię…) – sporządzić poniższe zestawienie dni, przygód i innych awanturnictw. Kto chce, niech śledzi; acz wybaczcie przerwę w relacjach w dniach 8-56 – po prostu za dużo się działo i nie nadążałem.
Ale najpierw: wstawka techniczno-reklamowa, bo może Wam się przydać:
Każda podróż = logistyka: trasy, loty, noclegi, internet, finanse… To narzędzia, z których sam korzystam i które polecam (zgarnij bonusy z moich reflinków i kodów):
W skrócie:
1,5 miesiąca w Azji (albo dłużej, jeśli będą kolejni chętni na wynajęcie naszej bazy we WRO – www.airbnb.pl/h/maczna) z plecakiem 5 kg (w tym – firma www.korekto.pl)? Za parę godzin ruszamy;).
Najpierw – Gruzja (bilet: 99 PLN, 5 fajnych noclegów w centrum Kutaisi: 222 zł/2 os.). Później – Mumbaj (bilet: 660 PLN, 2 noclegi: 214 PLN/2 os., czyli 54 zł/osobonocleg ze śniadaniem, więc trochę drogawo;).
Dalej: Himalaje (lot i noclegi – również groszowe), fajna, 5-dniowa wycieczka z prywatnym kierowcą (za ok. 370 zł/os.), później Chennai, Bangalore, może Kerala i/albo Goa, a jeszcze później – parę tygodni gdzieś w dziczy pod Mumbajem (kto wpadnie na kieliszek old monka?;).

Szczery update: Takie 5 kg osiągam na starcie, kiedy w chłodny czas mam na sobie kurtkę, bluzę i buty. Kiedy zaś ląduję w ciepłym klimacie i powyższe trafiają do bagażu, niestety robi się 8 albo i 9 kg… Jeśli ktoś z Was może polecić jakąś ultra-lekką kurtko-bluzę, dajcie znać w komentarzu, bo ciągle dążę do jeszcze większego „ulekcenia” plecaka. Marzy mi się też coś a la „buty konwertowalne”: kryte, ale z odpinaną górą (kiedy zimno – nosisz pełne, kiedy ciepło – przekształcasz w sandały; trochę jak spodnie-bojówki z odpinanymi nogawkami, które są jedynymi spodniami, jakie toleruję na dłuższych włóczęgach).
Rada:
Jak żyć lekko? To proste: redukuj potrzeby i kaprysy, nie taszcz tego, co niepotrzebne, zwłaszcza jeśli możesz to kupić na miejscu (kosmetyki, jedzenie, ubrania – które w wielu miejscach na świecie są bez porównania tańsze niż w Europie).
Przestroga:
Bagaż rejestrowany (nadawany)? Nie cierpię! Raz, że wszystko, czego potrzebuję, mogę zamknąć w małym plecaku podręcznym. Dwa, że nadanie bagażu rejestrowanego + późniejszy jego odbiór to co najmniej jedna stracona godzina na stanie w kolejce do „czek-inu” a później do „karuzeli” z tobołami.
No i koszty!
W większości linii lotniczych za dodatkowy bagaż nadawany zapłacisz od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Jeśli lecisz z dzieciakami, dziadkami albo z fantami na lokalną imprezę – to jest jak najbardziej okej. Ale jeżeli w planach jest prosta wyprawa, bez obciążeń i bez fanaberii, spróbuj zapakować się w jeden nieduży plecak, a zobaczysz, co znaczy „lekkie życie”!
Nie ma za co;).
W skrócie:
Założenie było proste: dotrzeć do Mumbaju, nie przepłacając za bilety, najchętniej też „pukając” coś nowego po drodze. No więc zgodnie z założeniami mojej książki www.muchawczekoladzie.pl (oraz kolejnej „Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!”) postawiliśmy na elastyczność zarówno co do czasu wylotu, jak i drogi.
Efekt: dolot z Wrocławia do Mumbaju za 759 zł/os. (sic!), z międzylądowaniem i pięcioma noclegami w Kutaisi (Gruzja) po 22 zł/os./noc (patrz dzień „0”).


Rada:
Jeśli chcesz podróżować bardziej niż niedrogo, spróbuj zadbać o te trzy główne elementy:
Tu niestety działo się tak dużo, że nie nadążałem z relacjonowaniem. Każdy wpis to kilka godzin pracy przy tekście i zdjęciach, mając więc do wyboru siedzenie pół dnia przy komputerze, a podróżowanie, musiałem z czegoś zrezygnować; miałem nadzieję, że uda się uzupełnić później, ale wciąż dzieje się tak dużo (kolejne podróże i projekty, m.in. nowa książka), że raczej się nie uda. A o jaką książkę chodzi? O taką:
Na drodze po Azji stanęła nam niechcący Dżakarta, zajechaliśmy więc. Jednak już drugiego dnia zacząłem układać w głowie możliwie dyplomatyczną odpowiedź, jakiej udzielę naszemu znajomemu – byłemu konsulowi RP w Indonezji – z którym mieliśmy się spotkać paręnaście dni później, a który – inaczej być nie może! – niewątpliwie zapyta, jak nam się podobało.
Zapytał.
Nasza ograniczona percepcja uniemożliwiła odkrycie i docenienie niezwykłych miejsc w tym niewątpliwie intrygującym mieście – odpowiedziałem ku uciesze naszego pana konsula, który wszak parę lat przeżył w tym mieście, więc wie, jak jest;).
W zasadzie jedynym namacalnym naszej w Dżakarcie wizyty owocem był spłodzony na poczekaniu, a głupawy niczym wypowiedzi niektórych polityków, limeryk:
Żararaka w Dżakarcie
żarła żarcie zażarcie.
Żeby żabom nie przykro,
również żaby przełykła.
Żwawa żmijka, ma parcie!
Do którego to limeryka sztuczny inteligent Suno.com (polecam pobawić się możliwościami tego narzędzia!) w parę sekund skomponował takiego oto muzycznego dziwaka:
Więcej do dodania na temat stolicy Indonezji – nie mam. Wybaczcie.
Jeżeli jednak ktoś z Was był, zgłębił uroki tego miasta i poleca tam wrócić, napiszcie koniecznie w komentarzu, co warto odwiedzić, aby zmienić – zapewne niesprawiedliwie powierzchowne – zdanie o Dżakarcie, której subiektywnie zarzucam brak elementarnego uroku. Uroku czegokolwiek;).
W skrócie:
Zapadła decyzja, że z Dżakarty polecimy na Bali. Borneo, wyspy Gili (na które również się czaję), Komodo, a przy-baj-de-łeju także Timor Wschodni zostawiamy na następny raz, bo nie da się tego wszystkiego połknąć w jednej porcji;). A więc padło na Bali – na łatwy początek.
Z relacji z kolejnych dni dowiecie się, dlaczego Bali absolutnie nie rzuciło nas na kolana i na co uważać (podpowiem: #skutery…), a na razie tylko jedna refleksja i niespodzianka, która totalnie pozytywnie nas zaskoczyła!
A chodzi o miejscówkę, którą zarezerwowałem przez Airbnb. Z oferty nie do końca wynikało, co wynajmujemy – domek z jedną czy z dwiema sypialniami, bo słabo to było opisane. Ale – co tam! – ważne że wygląda intrygująco, jest z dala od bzdurnych i zatłoczonych plaż, daleko od głównej drogi, a do tego – tanio jak żurek.
Tymczasem po przyjeździe okazało się, że… do wyłącznej dyspozycji dostajemy całą ogrodzoną działkę, na której są dwa absolutnie nietypowe, luksusowe domki kryte strzechą (to te „dwie sypialnie!” z ogłoszenia), do tego – trzeci bungalow salonowo-kuchenny (z wbudowanym w blat gramofonem!) oraz prywatny, potrójny mini-basen.
Słaby jestem w robieniu wideo, ale popatrzcie sami:
Rada:
No bo popatrz:
Koszty!
Znalazłem miejscówkę, która okazała się rajem na ziemi, choć z opisu i zdjęć to nie wynikało, a przynajmniej – nie dokładnie. Na przykład byłem przekonany, że salono-kuchnia na zdjęciu poniżej będzie współdzielona z innymi ludźmi, a okazało się, że jest do naszej wyłącznej dyspozycji:

Co ciekawe, tuż przed sezonem (czerwiec) wynajem całego tego miejsca kosztowałby ok. 240-260 PLN/doba, później – trochę drożej. Oplułeś właśnie monitor z niedowierzania, że za 2/3 ceny pokoju w Ibisie w centrum Warszawy możesz mieć tak niezwykłą miejscówkę na jednej z najbardziej komercyjnych wysp na świecie? No to… przepłaciłeś!
Bo my, przyjeżdżając na początku maja, zapłaciliśmy…

Nie, nie za dzień. Za 7 dni! Czyli 66,50 Nowych Złotych Polskich za jedną dobę posiadania na wyłączność dwóch wypasionych domków willowych (z wysuwanymi z blatów telewizrami i lustrami, ekskluzywnymi łazienkami i panoramicznymi oknami dookoła, z widokiem na rzekę i potężny krzak bambusowy za oknem) + bungalow „imprezowy” + zmysłowe dżakuzi + codzienne sprzątanie (z którego nie korzystaliśmy, bo nie lubimy aż takich zbytków) + gramofon w blacie kuchennym;).
Podsumowując:
Jeśli jesteś z branży „nierucho”, lekcja dla Ciebie: zobacz, jak człowiek, który nie potrafi należycie wyeksponować zalet swojej oferty (i na poziomie opisu, i na poziomie zdjęć) zachodzi w głowę: „Dlaczego nie ma chętnych?!”, obniża więc i obniża cenę do granic niemożliwej nieopłacalności (nawet tu, w Indonezji!). Zamiast na tak genialnym miejscu zarabiać prawdziwe kokosy!
Jeśli zaś chcesz wybrać się w naprawdę zmysłowe miejsca, a przy tym – nie przepalić tego, co zarobiłeś w kwartał ciężkiej pracy, pomyśl, czy by nie polecieć wtedy, kiedy… inni pracują, a pracować wtedy, kiedy inni koniecznie chcą się byczyć;). Wiem, wiem: urlopy, dzieciaki, szkoła itd. – są pewne rzeczy, których nie przeskoczysz.
Ale jeśli tylko możesz wziąć urlop w innym okresie niż „wszyscy” (a może i dzieciaka na te dwa tygodnie wymiksować z matriksa – nadrobi później;), to oszczędzisz nie tylko 2-3 tysiące złotych na bilecie lotniczym za każdą osobę, ale i parę tysięcy na noclegach!
W skrócie:
Postanowiłem puścić się w dwudniowy (z noclegiem gdzieś pośrodku) objazd skuterem po centralnym Bali, by odbić trochę od komercyjnych i totalnie drętwych plaż. Poza ulewą, która zaskoczyła kierowcę (miała być 3 godziny później, jeśli wierzyć app-prognostom!), a na którą na skuterze zawsze warto być gotowym (lekka kurtka przeciwdeszczowa + pokrowiec na plecak, w którym przecież wiozę całą firmę, czyli laptoka;), nie wydarzyło się wiele ciekawego.
Przynajmniej jeśli nie jest to Twój pierwszy raz w Azji (u mnie – już bodaj dwudziesty-któryś…), i jeżeli olbrzymie liście bananowców, wszechobecne zapachy kadzideł, monumentalne świątynie czy kaskadowe tarasy ryżowe nie robią już na Tobie większego wrażenia;).
Na uwagę zasługuje może tylko drobna afera przy Handara Gate, chyba najbardziej ikonicznym punkcie tej wyspy:

O co poszło?
Ano wjechał sobie Dutkoń z ulicy, poczynił powyższą fotografię dla potomności, powydawał „ochy!” i „achy!”, po czym zawrócił na pięcie, by skuterować dalej. Wtem spod ziemi wyrosła pani komercyjna z hasłem: „Tiket! Baj de tiket, ser!”. O którym to tikecie nie było absolutnie żadnej wzmianki przed wejściem. Zwłaszcza, że nie było wejścia! Po prostu skręcasz z drogi głównej i znajdujesz się przy tymże fotostworze. Nie ma ogrodzenia, nie ma bramek, nie ma tabliczek informujących o czymkolwiek – nie masz więc, Drogi Zwiedzaczu, najmniejszego powodu, by spodziewać się jakichkolwiek opłat (nieważne, jakich; zakładam, że są to grosze, ale nie o to chodzi!).
Więc?
Rada:
Co robić w sytuacji, kiedy polujący na leszczy podejdą Cię w ten sposób? Nie, wcale nie musisz kupować mojej książki „Targuj się! Zen negocjacji”, aby wyjść z takiej mikro-przykrości bez uszczerbku. Po prostu zapytałem: „Łot tiket?!”, upewniłem się, że przed wjazdem z drogi głównej naprawdę nie było jakiejkolwiek informacji o płatnym wstępie, i po prostu odmówiłem zapłaty. W odpowiedzi usłyszałem „Ałt!”, zrobiłem więc ałt, a dziś niniejszym przestrzegam:
Przestroga:
Azja jest drapieżna: nieustannie poluje na biały plankton. Zasada jest prosta: obserwuj, notuj i wiedz, co i gdzie robisz. Dotyczy zarówno chodzenia po dziurawych chodnikach, jak i wchodzenia w miejsca kultu mamony (czytaj: wszelkie skupiska turystów). Czytaj, co stoi napisane, a jeśli nic nie stało, a mimo to chcą Cię skasować, wykaż się elementarną asertywnością i grzecznie odmów zapłaty. Nie, nie dlatego, aby wykorzystać system; dlatego, aby nie dać się wykorzystać systemowi!
Koszty:
Ile kosztował ten tiket? Nie wiem. Jeśli byłeś i dałeś się złupić, podziel się tą informacją w komentarzu poniżej. Dzięki!
A ile kosztował nocleg w Ubud?

Jeśli kierujesz się zasadami, jakie opisałem w „Mucha w czekoladzie” + szukasz noclegów w serwisach takich jak Agoda.com, taki pokój możesz puknąć za mniej niż 60 zł. A to i tak nie jest wcale najlepsza z opcji w tym mieście, bo wybrana na gorąco i bez głębszego porównywania innych ofert;).
Bali – gotowa mapa do zwiedzania skuterem:
Jestem na tej wyspie od kilku dni, i wiem, że absolutnie nie jest to mój klimat. Może i piękne widoki (jak w wielu miejscach na świecie), ale generalnie brak zachwytu całą resztą. Do tego: ogromne korki (skuterowe!) – ścisk bywa tak potworny, że nawet motocyklem niemal nie sposób się przedostać! Dość powiedzieć, że dojeżdżając do Ubudu, wujek Gugiel (a wiedzieliście, że to ja spłodziłem „wujka Gugla” 23 lata temu?;) odgrażał się, że przejechanie kolejnych 750 m zajmie mi 34 minuty! Zajęło 8 czy 10, ale tylko dlatego, że darłem pod prąd, piracąc, jak tylko się da. Tak czy inaczej, podróżowanie skuterem po tej wyspie uważam za lichy pomysł…
Jeśli mimo to ktoś zechce bujnąć się po Bali na dwóch kółkach, podrzucam moje gotowe mapy po rzekomo ciekawych punktach (proszę sobie elastycznie modyfikować początek i koniec, no i oczywiście poszczególne punkty):

Zaplanowanie mapy zwiedzania to zawsze sporo czasu. Dlatego bierz gotowca, którego opracowałem, i modyfikuj pod siebie, aby nie tracić czasu! A jeśli uznasz, że pomogłem, nie pogniewam się za wirtualne espresso albo dwa;):
W skrócie:
Po pierwszej części trasy skuterem w sercu Bali (patrz dzień 65), był „techniczny” nocleg w Ubud. W cenie parunastu euro upolowałem na Agoda.com przemiły pokoik w Kuaya Home Stay: schludny/czysty, wygodny, parę minut od centrum, ale w cichej, bocznej uliczce, z mikro-balkonikiem i pysznym śniadaniem (na słodko, ale też fajnie – zielone naleśniki z bananem + micha owoców):
Ale Azja uczy pokory. Również w ocenianiu/audytowaniu świata. A że – a to pech! – Dutkoń jest zodiakalnym audytorem i poprawiaczem (weźmy chociaż Korekto czy Audite…), akurat na tym kontynencie na każdym kroku i każdej sekundy wyłapuje 17 rzeczy, które „można by lepiej”.
No tak, ale jest perfekcja (przydatna na przykład podczas konstruowania bomby atomowej) i jest szczęście (niepotrzebujące ani bomb atomowych, ani perfekcji). I jest, a w zasadzie był do niedawna, dylemat, jakie oceny wystawiać noclegowniom w Azji (z Indiami na czele…), które bardzo, ale to bardzo odstają od standardów „pierwszego” świata, bo po prostu tu nikt (poza białasami) nie ma potrzeby posiadania takich standardów.
Czy więc jeśli lekko cieknie kran, wieszak urywa się pod ciężarem ręcznika, a w najpiękniejszej miejscówce, jaką zarezerwowaliśmy, biega milion mrówek i czasami pan szczur, to należy wystawić ocenę negatywną, aby przestrzegać innych?
Rada:
Jeśli jesteś w miejscu o innej kulturze, innych standardach i innych „potrzebach”, nie oceniaj ich według swoich, bo to po prostu niesprawiedliwe. Wiem: jest dysonans, rozdarcie. Jak z nimi sobie radzić?
Mój sprawdzony (mam nadzieję, że salomonowy) sposób: jeśli już chcę wystawić ocenę miejscu, które mnie gościło, staram się uwzględnić dwie główne kwestie:
To drugie jest bardzo znamienne. I tak, kiedy parę dni temu byliśmy w Balige (Sumatra), wynajęliśmy dwa przeciętne pokoiki za 176 zł na 4 dni (22 zł/pokój/doba!). Tak, były mocno niedoskonałe: ciekły krany, pościel była bardziej niż wiekowa, ściany warto było przemalować… kilka lat temu;). Ale też: było przewygodne łóżko, ciepła woda, umiarkowanie znośny internet, a z tarasu rozpościerał się piękny widok.
Za 22 zł na dobę! Trzeba być łajdakiem (a są tacy!), aby przy takiej stawce, za taką jakość wystawić słabą ocenę.
I odwrotnie: chwilę później wylądowaliśmy w Dżakarcie. Duże, dwupokojowe mieszkanie z salonem, 20. piętro, spektakularny widok na miasto. Cena: 3 x wyższa, w porównaniu do tamtych dwóch pokoików (niecałe 130 zł/doba), czyli wciąż tanio, przynajmniej jak na „białe” standardy. No tak, ale właściciel troszkę nakłamał w opisie na Booking.com, parę ważnych rzeczy nie działało, a więc i ocena poszła niższa.
Oceniam więc stosunek jakości do ceny: w pierwszym przypadku – pozytywnie, w drugim – ciut mniej pozytywnie.
Mapy:
Podawałem wczoraj (patrz dzień 65), więc nie będę się powtarzał. Ale podrzucam parę fot z dzisiaja:



W skrócie:
Pierwszy raz do Singapuru wpadłem z Tomkiem Burconem (Stowarzyszenie „Mieszkanicznik”) niejako przy okazji, wracając w 2019 z wykładów w Sydney oraz z australijskiej premiery mojej książki „Nieruchmościowe seppuku”. Wcześniej naoglądałem się w internecie obrazków tego azjatyckiego tygrysa, myślałem więc, że wiem, czego się spodziewać.
Myliłem się.
Już na monumentalnym lotnisku, z wewnętrznym, ogromnym wodospadem pojąłem, że Singapur to nie Azja! To nawet nie stan umysłu, lecz całkowicie inna galaktyka. O, tak właśnie: nie państwo-miasto, lecz państwo-galaktyka!
Czysto, drogo (jak na Azję), nowocześnie, monumentalnie, bez brania jeńców. Bez metrowych dziur w chodnikach, kilometrów chaotycznie zwisających nad chodnikami kabli, bez tysięcy bezdomnych i żebraków, ton śmieci, stad szczurów i watah parchatych psów.
Za to z rozmachem!
Teraz, zawijając powoli w stronę Mumbaju, uznałem, że warto ponownie odwiedzić tego egzotycznego dziwoląga choć na 2-3 dni. A że na Kiwi.com upolowałem bilety po jakieś 190 PLN, nie było odwrotu.
Rada:
Jeśli planujesz relatywnie krótki pobyt w Singapurze, pomyśl o możliwie wczesnym przylocie, aby maksymalnie wykorzystać pierwszy, i o możliwie późnym wylocie, aby optymalnie wykorzystać ostatni dzień w tym mieście. Dzięki rozsądnemu zaplanowaniu godzin lotów, śmiało zmieścisz się w dwóch noclegach, mając dwa lub nawet trzy dni na puknięcie Singapuru („puknięcie”, czyli dość powierzchowne przemknięcie po najbardziej topowych miejscach; jeśli chcesz się jednak nieco bardziej zagłębić w ten fragment wszechświata, może to być za krótko; zwłaszcza jeśli chciałbyś podskoczyć parę kilometrów na północ, by liznąć też sąsiednie malezyjskie i bardzo kontrastujące z Singapurem Johor Bahru – choć nie wiem, czy mógłbym szczerze powiedzieć: „Polecam!”…).
Przestroga:
Tak, to prawda: jakieś 30 lat temu Singapur wprowadził zakaz… żucia gumy! A to dlatego, że miasto podobno aż lepiło się od tego ścierwa, które było wszędzie: zalegało na chodnikach, właziło w zamki, obklejało przyciski w windach i w metrze…
Dziś Singapur jest do przesady czysty i „poprawny”, za wwóz większej ilości gumy do żucia możesz dostać spory mandat, a za handel nią – nawet więzienie. Z samym żuciem nie jest już tak źle, ważne tylko, by nie wypluwać gum na chodnik czy nie zanieczyszczać nimi publicznych miejsc.
A co jeszcze jest zabronione w Singapurze, jeśli nie chce się złapać srogiej kary od Wielkiego Brata?:
A więc strzeż się, Robaczku: Singapur to nie Mumbaj! 
Singapur – gotowa mapa:
Nie masz za dużo czasu, ale chcesz sprawnie odwiedzić najbardziej ikoniczne miejsca w Singapurze? Łap przygotowaną przeze mnie mapę (oczywiście zmodyfikuj poszczególne punkty pod kątem swojej lokalizacji bazowej i własnych preferencji):

Ta mapa pozwoliła Ci oszczędzić trochę czasu i chcesz mi w zamian postawić e-spresso? Nie krępuj się
.
Koszty!
Singapur to nie Azja również pod względem kosztów. Mongolia, Iran, Kirgistan, Tajlandia, Kambodża, Sri Lanka, Indie, Indonezja, Chiny – odwiedziwszy te kraje, śmiało mogę uznać je za relatywnie niedrogie (przy czym niektóre z nich są wręcz obrzydliwie tanie dla człowieka z tzw. Zachodu). Singapur jednak, obok Hongkongu i Izraela czy Malediwów, to jedno z tych nielicznych miejsc na kontynencie, w którym ceny niemal wszystkiego są od kilku do nawet kilkudziesięciu razy wyższe.
Oczywiście, dzięki serwisom takim jak Agoda.com da się znaleźć rozsądny dwuosobowy pokoik za rozsądne kilkadziesiąt dolarów (choć bliżej 100 niż 30…), ale na tle noclegów po 13-22 zł w Indonezji czy w Kambodży, 20-krotna różnica jednak… robi różnicę.
No chyba że – podobnie jak ja – masz baaardzo szeroki wachlarz możliwości noclegowych
. Bo kiedy najdzie kaprys, potrafię (choć niechętnie) spać w Marriottach, Hiltonach czy innych Sheratonach, jednak najbardziej uwielbiam (zgodnie z www.muchawczekoladzie.pl i „Tanio przez świat. Podróżuj [wy]godnie!”, ale też jedną z moich najbardziej ulubionych zasad, by każdego dnia poznać przynajmniej jedną nową rzecz) wyszukiwać noclegowe dziwadła, najczęściej za grosze. I tak, noclegowałem już w śmierdzącej kozami jurcie w Mongolii czy w 150-letnim tradycyjnym domu Bataków na Samosirze (Sumatra), dlaczego by więc w Singapurze nie wynająć kosmicznej kapsuły noclegowej w jednym z tego rodzajów hoteli, których w tym mieście znajdziesz kilka.

Wylądowaliśmy więc w Galaxy Pods Capsule Hotel niemal w samym centrum (choć siostrzana, ciut tańsza kapsułownia jest też w Chinatown, zaledwie paręset metrów dalej). I tu ciekawostka: dwie kapsuły na dwa dni w Booking.com znalazłem za 495 PLN (czyli naprawdę tanio jak na to miasto!), ale coś mnie pokusiło, żeby porównać stawki również w innych serwisach – i niespodzianka: w Agoda.com dokładnie te same „pudełka do spania” udało się zarezerwować aż ok. 130 PLN (a więc jakąś 1/4) taniej.
Nie ma za co
.
A jedzenie? Ceny żarcia również potwierdzają, że Singapur to nie Azja! Podczas gdy pięć momosów (indyjskie pierogi) z ulicznego wózka w Delhi zdarzyło mi się kupić za 20 rupii (20 INR = 0,88 PLN) a pierwszy lepszy szaszłyk czy inny street-food w Bangkoku za 30 batów (30 BHT = 3,5 PLN), w singapurskich jadłodajniach za kilka pierogów trzeba zapłacić około 9-11 tamtejszych dolarów (a więc, bagatela!, jakieś 10 razy więcej). Acz w poszukiwaniu sensowniejszej alternatywy warto wybrać się do jednego z „fudkortów”, których sporo jest w Chinatown – całkiem smaczne i mocno zróżnicowane dania (także wegetariańskie, które wcale nie są oczywistością w tym mocno mięsnym mieście) można upolować już w okolicach 5 SGD (ok. 15 PLN).
No chyba, że chcesz liznąć luksusu i to, co zaoszczędziłeś na mądrze wybranych lotach czy noclegach roztrwonić, by dokarmić zmysły i mieć co wspominać na starość. Jeśli tak, to łap windę w Marina Bay, skocz na 57. piętro do restauracji Spago, i na szczycie jednego z najbardziej rozpoznawalnych budynków świata spróbuj ichnich pyszności. My przetestowaliśmy (oprócz drinków) zjawiskową kanapę z serem kozim, zmysłową pieczoną cukinię (piszę to ja, Dutko, nieprzepadający za tego rodzaju ogórami…) oraz absolutnie rozwalające system lody kulfi ze skondensowanego mleka w różnych smakach. Uczta bynajmniej nie była budżetowa, ale każdy z ponad 12 tys. wydanych centów (ok. 360 PLN) był tego wart!
Podsumowując:
Jeśli nie chcesz, aby ostatnią myślą przed śmiercią było: „Jasna cholera! Nie odwiedziłem Singapuru!”, to radzę przynajmniej raz w życiu zrobić tutaj choćby dwudniowy przystanek. Możesz odpuścić Dżakartę (nie urywa), możesz ominąć Malediwy (nuuuda!), ba! możesz nawet nie myśleć o Kirgistanie, Mongolii czy Iranie (piasek, kamienie, kozy…).
Ale tak ekstremalnie fascynujące miasta, jak Singapur, Nowy Jork, Edynburg, Bangkok, Mumbaj czy… Wrocław, powinien odwiedzić każdy profesjonalny łapacz doznań!
W skrócie:
Po dwóch miesiącach szwendania się po Azji (Mumbaj Bagdogra Gangtok Darjeeling Bengaluru Chennai Kochi Kuala Lumpur Sumatra i Samosir Dżakarta Bali Singapur) zatoczyliśmy mało okrągłe koło, by wrócić do Mumbaju.
A w zasadzie, aby trochę odpocząć, wynajęliśmy fajne, duże mieszkanie z wielkim tarasem i widokiem na góry w Badlapur, mieście leżącym 50 km na wschód od stolicy stanu Maharasztra:
Samo Badlapur – nie urywa: głośne, tłoczne, brudne; po indyjsku – byle jakie. Ale jako baza wypadowa, mamy nadzieję, że się sprawdzi.
Na razie jednak największą przygodą był… dojazd tutaj pociągiem z Mumbaju! Co z tego, że kupisz bilet na pierwszą klasę (105 INR, czyli prawie 4,50 PLN, czyli kilka razy drożej niż za drugą), skoro na peronie trwa taka „wojna o wejście”, że możesz zapomnieć o szukaniu swojej „Jedynki” – trzeba wskakiwać do wagonu, który stanął przed tobą.
No dobra, ale co, jeśli wskoczyłeś właśnie do… „Only for ladies”? To nie Iran, tu nie ma żartów – tu panie oburzyły się siarczyście, miałem wręcz wrażenie, że są skłonne wypchnąć mnie na zewnątrz. Nie zrobiły tego chyba tylko dlatego, że pociąg już ostro ruszył. Co robić w takiej sytuacji? Skul uszy, pokaż, jak bardzo jesteś biały (więc nieogarnięty) i jak bardzo na najbliższej stacji wiesz, że musisz się przesiąść. Jeśli się uda, uśmiechną się pobłażliwie, zapytają „Łer ar ju from?” (bez sir!, bo przecież masz być ukarany), ale i tak co chwilę będą przypominać, że na następnej – „czendż de kabin!”.
No tak, ale co, jeśli – na następnej – wyskakujesz na peron, wskakujesz do sąsiedniego wagonu, bo pociąg przecież zaczął odjeżdżać zanim w ogóle się zatrzymał (no dobra, dramatyzuję; ale tylko trochę), i tym razem lądujesz w przedziale „For cancer and other disabilities”? Gdzie ktoś ma zęby górne wystające o dwie wiorsty przed dolnymi, inny ktoś – oczy niemal po dwóch stronach czaszki, a jeszcze inny egzemplarz – niby całkiem pierwszego gatunku – ale macha ci przed twarzą dokumentem o „dizabiliticji”, i że masz się przesunąć.
& Rada & przestroga zarazem:
Długo by opowiadać, ale w skrócie: podróż prawdziwym indyjskim pociągiem to must do! dla każdego przybysza. Ale nie polecam więcej niż raz i dłużej niż na 15-minutowej trasie (my mieliśmy płomienny zaszczyt doświadczyć paru kilkugodzinnych podróży tego typu, i na dłuższych trasach zdecydowanie radzimy: samolot!).
Koszty!
Ale jest jeden bardzo mocno „dodatni plus” w zamieszkaniu parędziesiąt kilometrów pod Mumbajem zamiast w Mumbaju: koszty!
Jakkolwiek Indie same w sobie dla człowieka z tzw. pierwszego świata są ogólnie bardzo tanie do życia, to duże i bogate miasta (jak Mumbaj czy Delhi) są jednak relatywnie droższe od mniejszych miejscowości. Czyli nic nowego. Dla przykładu:
Ale uważaj, z kim robisz interesy! Ja uznałem, że – zamiast u młodego, zdrowego chłopaka – 10 limonek kupię u miłej, starszej, schorowanej pani-babci, która bezlitośnie skroiła mnie dwa razy ponad normalną cenę (zanim zorientowałem się, że zapłaciłem 100 INR, czyli 4,40 PLN, zamiast 50 INR, bo przecież normalna cena za jedną limonkę to 5 rupii, było już za późno, aby zabezpieczać monitoring i ciągać się po sądach;). Parę dni później kupowałem już u „młodego zdrowego chłopaka”, który nie ciął w… No.
Rada:
Spotkania, spotkania, spotkania:
Mumbai Central Prison od nazwy ulicy zwane jest też Arthur Road Jail albo… mumbajskim Alcatraz! Miałem nadzieję wejść do środka – niestety, nawet z pomocą Konsulatu RP byłoby to niemożliwe. A inną drogą nie chciałbym tam trafić…
Parę ciekawostek:
Działo się dużo, a nie o wszystkim mogę tu pisać;). Zwłaszcza że czas lecieć do Goa!
Co i jak:
Przedostatni odcinek czteromiesięcznej podróży po Azji Południowo-Wschodniej: Goa. Jeden z piękniejszych regionów Indii (niektórzy koneserzy preferują Keralę z jej pięknymi rozlewiskami, które od zawsze kojarzą mi się z Luizjaną), Goa ma jednak również swój klimat – może dlatego wracamy tu trzeci czy czwarty raz;).
A do Indii w ogóle wracam po raz dziewiąty czy dziesiąty. I chciałbym, aby to był raz ostatni, bo niestety w minionych dniach przepalił mi się chyba bezpiecznik. Ale o tym, dlaczego w istocie… nie cierpię tego kraju, innym razem;).
Gdy pierwszy raz przybyłem do Indii w marcu 2023, od pierwszego wejrzenia zakochałem się w… Mahindrze! I od razu wpadłem w wielką jej pożądliwość, knując, jak by tu ściągnąć do Polski to bydlę.
Jeśli wydaje Ci się, że mahindra thar wygląda jak jeep wrangler, to… nie, nie wydaje Ci się! Firma Mahindra & Mahindra produkowała kiedyś dżipy, ale z czasem poprztykali się z oficjalnym producentem słynnego wranglera. No ale jako że to Indie, śniady producent ma tego białego w… dżipie, i nadal, mimo paru przegranych procesów, nachędaża autka o podobnej stylistyce.
Koszty!
A jest o co walczyć, bo autko to jest pięcio-, sześciokrotnie tańsze od oryginału: podczas gdy ceny wranglera to +/- 400 tys. PLN, thara możesz kupić za 60-80 tys. PLN! Sęk w tym, że w Europie tym nie pojeździsz. Dlaczego? Odpowiedź pod zdjęciem.
Jako że Indusi mają w gdziesiu wszystko (tak, łudziłem się, że z czasem będzie mi tu coraz łatwiej, ale jest zgoła odwrotnie i przestaję znosić tutejszość…), w gdziesiu mają też to, nad czym Ciocia Unia paranoicznie wręcz czuwa: normy bezpieczeństwa + normy ekologii. W krasztestach mahindra sprawdza się podobno jak przejrzały pomidor zrzucony z 6. piętra na rozgrzany czerwcowym słońcem asfalt, w testach ekologicznych z kolei może rywalizować z ruskimi tankami (choć to tylko zasłyszane plotki, proszę więc o sprostowanie w komentarzu poniżej, jeżeli szerzę dezinformację;).
I co z tego, że – po uwzględnieniu przeróbki kierownicy na lewostronną, ceł, akcyz, VAT-u i transferu morskiego do Polski nadal dałoby się tego cudaka mieć za równowartość dacii bigster (jakieś 130-140 tys. PLN), skoro dostosowanie jej do EU-norm jest praktycznie niemożliwe…
Rada: „Targuj się!”
A skoro sprowadzenie tego bydlątka do PL znajduje się w sferze dalece posuniętej bezsensowności, pozostało mi wypożyczyć sobie to bawitko i pobujać się na miejscu. Jednak o ile jego zakup jest kwestią groszy, o tyle w lokalnych wypożyczalniach stoi to-to nawet po 5.000 INR (225 PLN) za dobę.

„Drogawo…” – pomyślał nieprzepadający za przepalaniem dukatów Dutko. W Europie byłoby to może całkiem akceptowalne, ale indyjskie wypożyczalnie pełne są autek, które śmiało wynajmiesz za +/- 800-1000 INR (36 – 45 PLN), co przy 10 dniach robi różnicę (60 butelek Żubrówki albo… 180 butelek pysznego ścierwa marki Old Monk!), jest więc o co kopię kruszyć.
Nie bez powodu jednak ma się na koncie książeczkę „Targuj się! Zen negocjacji”;). Jeden mail, dwie zastosowane na krzyż zasady negocjacji (z tych naprawdę najprostszych), i przychodzi odpowiedź:

I jest za 2000 INR (90 zł)/doba. I 60 wirtualnych butelek Żubrówki już się chłodzi (bo tylu Old Monków przeżyć się nie da – niełatwo jest z jednym)!
A co ważne, ze świadomością, że – zgodnie z promowaną w „Targuj się!” etyką – nie tylko nie obdarło się wypożyczalni ze skóry, lecz że i tak zrobiła niezły dil, bo ze względu na rozpoczynającą się właśnie porę monsunową, do Goa przyjeżdża znacznie mniej turystów niż w pełni sezonu.
W każdym razie, Mahindra dała radę! Zacząłem od poszukiwań kotków w górach, w okolicach Cotigao Wildlife Sanctuary:
Bywały wszak miejsca, w które Mahindra nie była w stanie się wcisnąć (w odróżnieniu od innych maluchów…):
Kotów nie udało się upolować. Za to na trasie spotkałem mnóstwo innej zwierzyny: kogoś, kto wyglądał jak szakal, kingfiszery (przepiękne, barwne ptaszydła), a na drogach – prawdziwe bydło;):
Były rzadkie chwile przerwy (acz komputery w tle zdradzają, że był też „łorkejszyn”, czyli – jak je nazwałem po polsku – pracacje
:
A i na plażach spotkać można było bydlaków;):
Sprawy, biznesy, spotkania – nuuudy, nie będę Wam nimi zawracał głowy;).
W skrócie:
Sprawy w Azji załatwione, a więc wyprawę czas zacząć kończyć;). Zacząć kończyć, a nie skończyć, bo mamy 17 czerwca, a nasze mieszkanko we Wrocławiu (które i Ty możesz wynająć!) wynajęte do 20. Poluję więc na sensowne (czytaj: wygodna trasa, dobre godziny wylotów i lądowań, niegłupie przesiadki, rozsądna cena) bilety powrotne.
No i mamy dosyć ładny lot z Mumbaju do Krakowa (wyszukany wygodnie przez Kiwi.com) za 2331 zł/os. Qatar Airways, czyli jedną z najlepszych linii lotniczych świata:

Dobra cena, prawda? No nie, nie dobra!
Bo skoro z Wrocławia do Mumbaju dolecieliśmy za 760 zł/os. (patrz: „Dzień 0”), to dlaczego przepłacać aż tyle za powrót (bilety powrotne zazwyczaj są droższe, ale żeby aż tak?).
Odpalamy więc jedną z kluczowych zasad, jakie opisałem w „Mucha w czekoladzie”, czyli elastyczność. No bo kto powiedział, że – aby finalnie dotrzeć do Wrocławia – koniecznie musimy lądować w miejscu X, skoro niedaleko mamy kilka innych lotnisk z dogodnym dojazdem: Poznań, Berlin czy Pragę? Krótkie śledztwo, parę minut przy wyszukiwarce lotów i ta-daam! Ta sama linia lotnicza i równie wygodne połączenie, acz z lądowaniem w Berlinie, i cena już nie 103.591 INR, ale zaledwie 48.331 INR (54% taniej!) za dwie osoby:

Bilet wychodzi zatem nie 2331, lecz 1087 zł/os., co przy dwóch podróżnikach daje 2486 zł oszczędności. Dzięki prostemu trikowi, w parę minut oszczędziliśmy tyle, na ile podobno przeciętny Polak pracuje pół miesiąca;).
„No dobra, ale co z 4* hotelem za darmo?!”
Cierpliwości, za chwilę do tego dojdziemy. Ale najpierw krótka relacja z przystanku w Doha, stolicy Kataru (3,5 dnia, a więc o połowę krócej, niż według powszechnego przekonania katar trwać powinien;p).
Na lotnisku przywitały nas takie oto sympatyczne stwory (nie wiadomo: krowy to czy króliki, ochrzciłem je więc: krowliki):

Pierwsze wrażenie po wyjściu z lotniska: „Aaaa! Jesteśmy w piecu!”. Termomierz w aplikacji pogodowej pokazywał 47 stopni, a windziarz w hotelu postraszył, że bywa tu i 60, a wyjście z domu przy takiej pogodzie grozi nie tylko śmiercią, ale i… aresztowaniem (acz nie do końca dajemy temu wiarę, bo ponoć rekordy temperatur w tym mieście nieznacznie przekraczały 50 st.).
Tak czy inaczej, pierwszy raz w życiu gdy zawiał wiatr, zamiast uczucia chłodzenia, miałem wrażenie, że ktoś dmucha mi gorącą suszarką do włosów w twarz (i nie pytajcie, błagam, skąd Dutkoń zna taki artefakt, jak suszarka do włosów;). Czułem, jak moje brązowe gałki wysychają, niczym prażone na patelni winogrona…
Po zalogowaniu w hotelu, puściliśmy się na zachód słońca nad Zatoką Perską:


W następnych dniach zahaczyliśmy o zjawiskowe Muzeum Narodowe Kataru…:

„Dutko! Grrr… Co z tym hotelem za 0 zł?!”
…a któregoś dnia Dutkoń puścił się w Dohę na samotną wyprawę hulajnogą:

Po 30 minutach jazdy, skapitulowałem. Raz, że to-to jedzie niewiele szybciej od biegnącego w maratonie żółwia. Dwa, że naprawdę przy ok. 42-45 stopniach można się uprażyć. Trzy, że w Doha działa kapitalne metro: kilka linii łączy najciekawsze punkty miasta, a za bilet równowartości 6 zł jeździsz cały dzień klimatyzowanymi wagonami, a jeśli szczęście dopisze – nawet na miejscu maszynisty;):
Udało się dotrzeć w parę ikonicznych miejsc stolicy Kataru:

„Aaaaa! Dutko! Zabiję cię! Nie bądź kolejnym czubem, który po raz milionowy musi zaszczycać świat zdjęciami z miejsc, które wrzucają wszystkie inne zombiaki! Dawaj już ten hotel za rzekome ZERO złotych!”
Nie to nie, sami sobie szukajcie zdjęć z Kataru! [foch;]. Materialiści! Tylko oszczędności im w głowie!
No to proszę – taką noclegownię dostaliśmy całkowicie za darmo (pierwsze dwa zdjęcia – z Booking.com, bo sam lepszych nie zrobiłem):


A to widok z hotelu na port, Zatokę Perską i West Bay – katarski Manhattan:

Co ciekawe, gdybyśmy chcieli zaklepać takie trzy nocki w interesującym nas terminie na Booking.com, trzeba by wyłożyć 1249 zł (choć na Agoda.com było parę stówek taniej, warto więc porównywać ceny noclegów):

Być może jednak zwróciłeś uwagę, że na screenie z wyszukiwarki połączeń na stronie Qatar Airways przy cenie pojawia się dopisek „Includes flight + Hotel for 2 Travellers”. Przyjrzyj się:

To nie pomyłka, nie błąd systemu, lecz bardzo często stosowana przez arabskie (i nie tylko arabskie) linie lotnicze metoda promowania swojego kraju. We współpracy z sieciami hoteli, pasażerom, których czeka dłuższa przesiadka w danym miejscu, dorzucają czasami darmowy nocleg albo dwa. Albo i trzy;).
Podczas rezerwowania biletu lotniczego wystarczy więc pobawić się datami, a przy kilkudniowej „przesiadce” możesz zobaczyć taką oto miłą opcję „apgrejdu” lotu o parę noclegów za zero absolutne (tu – w rupiach indyjskich, bo bukowaliśmy z Mumbaju, ale wierz mi, że zero rupii przemnożone przez peeleny albo inne dolary, też da zero;). Możesz poszukać też na stronie danego przelotnika opcji takich jak „Stopover” albo… pójść na łatwiznę i planując daną trasę, zapytać dowolnego sztucznego inteligenta, czy aby któraś z linii nie oferuje tego rodzaju bonusów dla klientów z dłuższymi przesiadkami.

Innymi słowy: gdybym szukając połączenia z Mumbaju do Europy wybrał opcję z kilkugodzinną przesiadką w Doha, zapłaciłbym tyle samo, co wybierając przesiadkę czterodniową i otrzymując od linii lotniczych 3 noclegi bez grosza dopłaty!
Co ciekawe, ten tzw. stopover pozwala wybrać jeden z kilku świetnych, 4-gwiazdkowych hoteli w stolicy Kataru zupełnie za darmo, ale jeśli zechcesz dopłacić bodaj kilkanaście dolarów za noc, oferta poszerza się o kilka kolejnych hoteli 5-gwiazdkowych.
Podobne promocje powszechnie stosują też inne linie lotnicze, w tym chińskie (przyjaciel, który miał kilkunastogodzinną przesiadkę w Pekinie, otrzymał bezpłatny nocleg od Air China), z kolei lecąc jakiś czas temu Emirates (kolejna 5-gwiazdkowa linia, która od lat rywalizuje z Qatar Airways o tytuł najlepszej na świecie) do Bangkoku dowiedziałem się, że w ramach 17-godzinnej przesiadki przysługuje nam… bezpłatna, kilkugodzinna wycieczka objazdowa po najciekawszych punktach Dubaju, za którą normalnie trzeba by zapłacić parę stówek).
Podsumowując:
Cenisz moją pracę i rady, jakie przekazuję?
Zamów najnowszą książkę o tanim podróżowaniu
– lataj i śpij o 70% taniej niż inni ludzie!

W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
Artykuł Wyprawa: Azja & S-ka 2025 [Gruzja, Indie, Malezja, Indonezja, Singapur, Katar, Niemcy] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Biznes na sprzedaż pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Dobry biznes jest jak drzewko owocowe – czasami rozrasta się tak szybko, że tu i ówdzie trzeba go przyciąć. Aby lepiej skupić się na priorytetowych działaniach, ogłaszam wyprzedaż części Dutko Group: domeny, marki i serwisy, których rozwój przekażę innym osobom.
Na sprzedaż:
Firma edytorska nr 1 w Polsce Korekto.pl.
Model Korekto.pl: biznes w 100% zdalny, niezależny od miejsca (klasyczne e-usługi) – dzięki takiej organizacji, od kilkunastu lat samodzielnie zarządzam firmą z poziomu laptopa, aktywnie podróżując po świecie (praca średnio 30-60 minut dziennie). Współpraca z wykonawcami: 100% B2B (bez umów o pracę i innych obciążeń), także bez konieczności prowadzenia przez nich firmy (prosty model współpracy z freelancerami). Biznes wysokomarżowy (min. 30-50% zysku).
Dzięki w pełni legalnej strukturze Ltd firma jest zwolniona z VAT (przewaga 23% względem innych firm), ZUS (oszczędność ok. 30 tys. zł rocznie/dyrektor) oraz niemal bez podatku dochodowego (duże możliwości optymalizacyjne w Wielkiej Brytanii).
Sprzedaż firmy rozważam wyłącznie ze względu na postępujące wypalenie i potrzebę zajęcia się czymś innym.
Korekto posiada też szereg pozacenowych unikalnych przewag konkurencyjnych, nie do skopiowania przez inne firmy z branży.
Na sprzedaż (parametry aktualne na październik 2025):
Przychody firmy Korekto.pl (a więc i jej wartość) rosną sukcesywnie (z wyjątkiem jednorazowego spadku w 2024):
Wycena szacunkowa: 4,39 mln PLN netto* + koszty operacyjne [przy zdecydowanym i konkretnym Kupującym zakładam realną cenę transakcyjną na poziomie ok. 70% wartości szacunkowej]
* Wycena szacunkowa, obowiązująca w październiku 2025, wykonana wg wzoru:

W chwili sprzedaży zostanie wykonana aktualna kalkulacja wg powyższego wzoru. Możliwa sprzedaż 100% firmy lub od 51 do 95% udziałów w jej przyszłych przychodach (czyli z zachowaniem przez obecnego właściciela pakietu mniejszościowego, z pełnym zrzeczeniem się prawa głosu, ale zachowaniem proporcjonalnego prawa udziału w przychodach firmy).

Firma audytorska Audite.pl (nr 1 w Polsce pod względem audytów ofert Allegro), w tym:
Cena serwisu: 499.000 PLN 249.000 PLN [niższa cena w związku z ograniczaniem działalności audytorskiej]
NIEAKTUALNE/SPRZEDANE:

NIEAKTUALNE/SPRZEDANE:
Domena internetowa Euro-2024.com (utrzymywana nieprzerwanie od 2007 r.)
– w 2024 r. euro-2024.com będzie drugą (po euro2024.com) najbardziej pożądaną i wartościową domeną w Europie; z każdym rokiem, przybliżającym nas do 2024, jej wartość rośnie w tempie geometrycznym.
Cena domeny (bez negocjacji): 97.000 EUR (cena ważna do końca roku 2023; od 2024 będzie 134.000 EUR)

Wszystkie ceny są cenami netto (VAT – zwolniony, ale w przypadku niektórych transakcji może przekroczyć kwotę zwolnienia, więc będzie trzeba go doliczyć). Wystawcą faktury jest spółka Dutko Group Ltd., zarejestrowana w Wielkiej Brytanii.
Zainteresowany? Kontakt: [email protected]
Artykuł Biznes na sprzedaż pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Artykuł Orange Flex: najlepszy internet w Polsce [recenzja subiektywna] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>Internet nie jako „stałe łącze” (dostępny tylko w jednym miejscu – bzdura!), nie jako abonament (zobowiązania i stałe opłaty – bzdura!), nie jako głupawa opcja „na kartę” (ręczne doładowania? bzdura!), ale w formie… aplikacji i prostej subskrypcji? Poznajcie Orange Flex!
Santo subito dla tego, kto to wymyślił, bo Orange Flex dla „klasycznego” internetu jest tym, czym Paczkomaty dla Poczty Polskiej. Czyli totalnym gejmczendżerem!
Po licznych, nie zawsze fajnych przygodach z internetami w Play, Nju, a zwłaszcza w [o fu!] T-mobile (o wielu amatorskich i niesolidnych „prowajderach” lokalnych nie mówiąc…), wreszcie znalazłem zachwyt w Orange Flex i jego internecie, którego używam w formie ultra-wygodnej i przyjaznej aplikacji.
),Polecam, bo sprawdziłem. I – przynajmniej dopóki O.F. czegoś nie schrzani – dziś nie widzę sensowniejszej opcji dostępu do elastycznego i sprawnego internetu w tym kraju, jak właśnie Flex od Orenża (zbieżność ichnich kolorów firmowych z dutkońskimi – przypadkowa; no chyba, że zgapili…;).
Pobierz aplikację www.flexapp.pl i przed wyborem formy płatności koniecznie wpisz kod MACIEJ9K94, a dostaniesz parę groszy do wykorzystania + 3 miesiące po 1 zł. A jeśli się nie spodoba – choć nie może! – zrezygnuj i napisz mi szczerze, żebym swoje kolejne recenzje wysyłał poleconym Poczty Polskiej na Saturna
.
PS Znasz już i korzystałeś? Napisz koniecznie w komentarzu, jakie masz doświadczenie z internetem Flex od Orange: co się podobało, a co zawiodło.
PS 2 Wartościowe? Udostępnij – dzięki temu moja praca zyska większy sens. A jeśli uważasz, że to, co robię, naprawdę jest cenne, a autor zasługuje na wirtualną kawę, by nie zabrakło mu energii i zapału do dalszych działań, nie pogardzę podwójnym e-espresso;):
– lub symbolicznym bitcoinem;):
0x94861d260596f9cf0e7adc0b1ac8a5cfa9546b96 (sieć BSC/BEP20)


O inwestowaniu:
O odbieraniu wolności, państwie opresyjnym i rosnącym totalitaryzmie:
O koronapsychozie i fałszywej pandemii:
O postępującej cenzurze i zaniku wolności słowa na YouTube i Facebooku:
W związku z postępującą cenzurą Facebooka i ograniczaniem kontaktów z Wami, jeśli chcecie zachować łączność ze mną, dopiszcie, proszę, swój adres e-mail do prostej listy w formularzu Google’a, abyśmy mieli kontakt:
– nie jest to newsletter, bo nie prowadzę klasycznego e-mail marketingu, ale kanał, którym dam Wam znać, jeśli pojawi się jakiś szczególnie ważny temat.
Warto też skorzystać z Alertów Google: wejdź na https://www.google.pl/alerts i wpisz interesującą Cię frazę (np. „maciej dutko”), a otrzymasz powiadomienie, gdy pojawi się nowa publikacja na dany temat:
Artykuł Orange Flex: najlepszy internet w Polsce [recenzja subiektywna] pochodzi z serwisu Evolu.pl - Rozwój | Biznes | Myślenie (Maciej Dutko).
]]>